blog

lodowe powitanie

Wróciłem. Podróż i pobyt – udane (prócz paru detali), ale…

… dzwonię z drogi, pytam co w domu słychać. Wcześniej nie chciałem, by nie psuć sobie humoru – mama nie przepada za Daną.

Woda u mamy w rurach zamarzła – ostatniej nocy. A tam, w Czeskiej Kanadzie, w tym czasie ręce nam do klamki przymarzały w przedsionku wagonu. Przy piecu było ciepło, ale trzeba było nosić opał – suche świerczki z pobliskiego lasu.

Nie czas na blogowanie. Idę odmrażać te rury.

blog

nerwowe pakowanie…

Tak, jakby doktór kiedykolwiek praktykował inne… Dodatkowo okradły mnie z resztek czasu dwie rzeczy: zamieszanie w przychodni wokół tego nieszczęsnego zwolnienia i mój piekący żołądek.

Rano odjeżdża mój autobus lub pociąg (jeszcze zdecyduję się, co wybiorę), a tu tyle rzeczy zostało do zrobienia. Czy w ogóle będę się kłaść? Na miejscu mamy być przed czwartą po południu. Chyba sami wysiądziemy na zaśnieżonej stacyjce…

Czeka mnie tydzień z Daną w wagonie mieszkalnym na południowoczeskiej wąskotorówce. Nie, nie będzie tam Internetu. Sieci komórkowe już działają, ale mam nadzieję, że nikt mnie nie będzie niepokoić.

Czy znajdziemy w lesie dość drzewa na opał? Czy u mnie w domu w tym czasie nie zamarznie woda? Dopóki prognozy straszyły kolejną falą syberyjskich mrozów, wahałem się czy nie odłożyć wyjazdu. Dana jednak może nie mieć czasu w drugiej połowie lutego, jeśli znajdzie pracę.

10 lutego mam mieć najbliższy dyżur. Dzień wcześniej zaplanowałem powrót.

blog

wrzód

Nawracający silny, kłujący ból żołądka i niechęć do jedzenia. Co to może być? Idąc od autobusu, przy ladzie aptecznej piszę sobie receptę na omeprazol, lek przeciwwrzodowy. Na studiach uczyłem się o nim jako o wielkiej nowości, dziś zszedł pod strzechy, piszę go co chwilę, zwykle powtarzając zalecenia innych lekarzy. Teraz – wypróbuję go na sobie.

Najpierw lek, potem śniadanie – ostrożnie: sucharek z twarogiem i dżemem.

Potem, q~va, telefon z roboty: mam przyjechać. Bo wczoraj Jednej Wrednej Babie poszedłem na rękę, wystawiając zwolnienie na telefon – dla jej pracownicy, która upadła w drodze do pracy i złamała nos. Babsko było całe w skowronkach, że jej to napisałem, ale okazuje się, że poszkodowana ma inny adres, niż u nas w komputerze. I otwiera pysk na całą poczekalnię. A to wrzód! Na taką to nawet omeprazol za słaby. Idę do miasta, spytam w ZUS-ie czy ma to istotne znaczenie. Nie jestem chłopcem na posyłki, autobus też za darmo nie jeździ.

A do telefonu powiedziałem kilka razy: to już przekracza wszelką miarę.

Stara, dobra zasada: nie zrób komu dobrze, nie będzie ci źle.

blog

ciśnienie 29

Obiad w domu ledwo zjadłem, stale mi się coś po brzuchu przelewało. Z nerwów? Bo gryzie mnie problem ciśnienia. I planowany na środę wyjazd do Czech – nie podoba się ani mojej mamie, ani gospodarzom obiektu, w którym mamy się zatrzymać. Honza (Jan) sam mi to zaproponował, ale najczęściej bywa tam Franta i chyba nie jest rad, że się w jego miejsce wybieram.

Po drodze na dworzec wstąpiłem do sklepu medycznego, by kupić lepszą gruszkę do ciśnieniomierza dla Dany: oryginalna się zdeformowała w zbyt ciasnym pudełku. Przy okazji chciałem coś wybrać dla przychodni. Sprzedawca był lekko arogancki, nie pozwolił mi dokładnie obejrzeć ciśnieniomierza i nie miał zielonego pojęcia o tym, że dla grubasów potrzebne są inne rozmiary mankietów. Niestety, tak to bywa w naszym kapitaliźmie – pieniądze robić – to tak. Gorzej z jakością. Gdzie ten wolny rynek? Niemiły i niekompetentny sklepikarz powinien splajtować…

W przychodni zainteresowali się wieścią o stołowym, klasycznym ciśnieniomierzu. Już mieli podobne kupić na Allegro. Czyli sami wybierali, nie pytając mnie o zdanie, choć to ja się o nie upominałem. Normalka. Mój głos się nie liczy.

Pacjentów od metra. I fatalnie się czuję. Nie mogę się doczekać, kiedy zrobię sobie herbatę i zmierzę ciśnienie. Uff… Nie jest aż takie wysokie. I żołądek się uspokaja.

Nerwica? Ale czy tylko?

blog

doktór ma nadciśnienie?

Nowiutki ciśnieniomierz. Mankiet na rzep, ale jak się mierzy samemu, to jednak taki jest trochę wygodniejszy. Ten będzie dla Dany. Trzeba go wypróbować.

160/100? Chyba manometr jest źle wyskalowany. Jak to nowe rzeczy, miewają wady fabryczne…

Biorę mój stary, wypróbowany ciśnieniomierz. 160/95.

No i co, doktorku?

blog

po dyżurze

Jak zwykle, noc spokojna, ale nie wyspałem się. Tak samo było, kiedy miewałem dyżury co drugi dzień. I nie zawsze bywały lekkie, bo mieliśmy na karku sławetne Boże Muszki (Boromeuszki), czyli Staruszkowo.

Spanie na byle jakim wyrku okazuje się gorsze od typowych warunków dyżuru szpitalnego: rzadko nieprzerwany sen, ale wygodne łóżko z pościelą i jakaś ludzka dyżurka, gdzie można zjeść śniadanie, zostawić swoje rzeczy.

Po powrocie do domu obejrzałem w czeskiej telewizji ulubione programy, cokolwiek przysypiając. Obudziłem się, kiedy Trabantowi, jadącemu przez Afrykę, odpadła rura wydechowa. A potem w zimnym pokoju skuliłem się na dwie i pół godziny pod kocem. Pozbierałem się dopiero na obiad.

Tak zwykle wyglądał mój dzień po dyżurze. Nie zarobiłem kroci, za to mam grzyb w piwnicy.

Jak wszystko dobrze pójdzie, to w środę wyjeżdżam na kilkudniowy pobyt z Daną. Muszę znaleźć dla niej aparat do mierzenia ciśnienia. Piłę do cięcia drewna opałowego i mapę tzw. Czeskiej Kanady.

blog

nerw i wnerw

Pacjentów nie było wielu, żadnego wyjazdu. Ale z samego rana pani z dzieckiem. Co było dziecku? Nie pamiętam, w sumie nic.

Potem spokój, tylko parę telefonów. Starsza pani nagle zaczęła tracić pamięć. I ciśnienie ma 100/70. Hmmm… Może pogoda? Chyba zrezygnowali, bo już drugi raz nie dzwonili.

I drugi telefon: kobieta w średnim wieku z nawracającym nerwobólem nerwu trójdzielnego. Z tego powodu objadła się lekami i wymiotowała, długo i wytrwale, teraz jest osłabiona. Było pogotowie, dało zastrzyk i bez zmian. Dzwoni mąż, jest lekko arogancki, przynajmniej takie mam wrażenie. Chciałby, żebyśmy przyjechali z kroplówką. A pogotowie odjechało przed 40 minutami. Mówię, że lepiej do szpitala, to się zbada poziom potasu. A kroplówek i tak w domu nie podłączamy.

Po kilku godzinach dzwoni znów ten sam pan, tym razem rozmowa jest w innym tonie. Prosi o poradę, w razie czego przyjedzie.

Pod wieczór przyłazi dziwny pacjent Szefa (takich ma większość…) i najpierw waha się, czy pójść do mnie, potem przez kwadrans nie mogę z niego wydostać, czego właściwie mu do szczęścia brakuje. No, nareszcie: tomografii brzucha, bo mu w USG wyszła miażdżyca aorty, a idzie na koronarografię i w razie czego mu wszystkie rury naraz wyczyszczą. Tak przynajmniej mu powiedział jakiś kompan.

Zanim to z niego wydusiłem, zameldował się drugi pan – z chorą żoną. Przepraszam mojego nudziarza, nie za to, że go opieprzyłem (to później), ale chcę zobaczyć tę panią, bo pielęgniarka melduje, że czuje się słabo. Kobieta słania się na nogach. Pielęgniarka podłącza jej kroplówkę, a ja szukam skierowania na tomograf.

Z pierwszym pacjentem rozstajemy się w zgodzie – po obustronnych przeprosinach. Wracam do pacjentki. Oboje z mężem są bardzo miłymi i interesującymi rozmówcami. Kroplówka kapie długo, potem następna. Nie nudzi się nam: oboje kończą właśnie pisać przewodnik po Korsyce. Pacjentka po litrze kroplówki już pewniej staje na nogi. Na drogę daję jej skierowanie do szpitala – na wszelki wypadek.

Szkoda, że nie poprosiłem o kontakt z wydawnictwem. Nie wypada jednak wykorzystywać takich sytuacji do załatwiania własnych interesów… Ten zawód zobowiązuje do pewnej przyzwoitości. Na ogół w jedną stronę…

blog

raz na spokojnie…

Oby więcej takich dyżurów. No, tfu tfu… do rana daleko.  Do niedzieli też…

Ciepło mam, nawet dziś bez polaru siedzę. Herbatka, herbatniki, komentarze na Allegro się pisze.

Trzeba zdecydować, czy jedziemy z Daną do Czeskiej Kanady (okolice miasteczka Nová Bystřice w pd. Czechach). Bo trochę się boję, żeby w domu woda nie zamarzła. Nie, my sami nie zmarzniemy. Napalimy w piecu, przytulimy się do siebie. Muszę Danie skompletować zestaw do mierzenia ciśnienia. Mankiet kosztuje 16 złotych, taki porządny, z ogonem. Reszta się znajdzie. Niedawno wspomniała, że chciała studiować weterynarię… Ech, marzenia – dopóki je mamy, jesteśmy młodzi. Będzie chociaż miała słuchawki lekarskie…

Głowa doktora łupie. Czyżby z tego taniego wina hiszpańskiego? Albo się ciśnienie zmienia?

Pacjentka jedna była, chyba histeryczka, siedzi w necie i wymyśla sobie choroby. Doktór jej przypadł do gustu, jak powiedział, że jest zdrowa i raczej on dostanie zawału. Choćby dlatego, że ona ma więcej estrogenów. No i wróci do doktora. Pacjenci doktora lubią, na ogół. To miło, ale na sukces finansowy się nie przekłada.

blog

obowiązkowe ubezpieczenie lekarzy?

To chyba jakiś żart…

Każdy lekarz ma wykupić polisę OC? Ani myślę. Co mi te skurwie zrobią? Zezłomują mnie?

Pierdolona Trzecia Rzecza Pospolita.

P.S. No fuj :-/

Ja się czasem strasznie wkurzę. Ale to jest blog, żywy pamiętnik. Papa, do następnego razu 😉

P.S. 2.

Odpowiedzialność cywilna dotyczy wszystkich – jeśli spowodujemy szkodę, mamy obowiązek ją naprawić. Niektórych ZMUSZA SIĘ do ubezpieczania się od  tej odpowiedzialności.

Szczególne przypadki:

– za szkody komunikacyjne odpowiada cywilnie (odpowiedzialność karna to co innego) posiadacz auta, nie kierowca. Ubezpieczenie jest obowiązkowe. No dobrze, choć wolałbym sam ponosić to ryzyko i uważam, że odpowiadać powinien kierowca. Ale WYMUSZA się to ubezpieczenie nawet wtedy, kiedy auto jest wrakiem i nie może jeździć; tym samym nie spowoduje szkód, których dotyczy ubezpieczenie. Posiadaczy niejeżdżących aut w praktyce zmusza się do ich złomowania albo płacenia haraczu. Dla mnie to pogwałcenie prawa własności.

– odpowiedzialność cywilną za szkody, wyrządzone przez pracownika etatowego, ponosi zakład pracy; od pracownika może ściągnąć jego 3-miesięczne pobory na pokrycie tych szkód. Czyżby się to zmieniło? Jeśli tak, trzeba lepiej wynagradzać ludzi, którzy ponoszą większą odpowiedzialność.

blog

doktór panoramuje

Na coś kliknął i doczytał się, jakie to programy za darmo Microsoft rozdaje. Na przykład do robienia panoram. Ten akurat jakoś działać nie chciał (bo oni czasem sprawdzają, czy system jest legalny, a doktór legalny ma w pudełku), więc doktór ściągnął inny – Zoner Panorama Maker. Niestety, po miesiącu trzeba wykupić licencję (a sztuczki z przestawianiem daty podobno są na nic – wprost piszą autorzy) i do tego interfejs jest po angielsku. No, a program jest czeskiej firmy. Doktór za naturalny uznaje angielski tylko w DOS-ie (więc nawet po angielsku se napisał instrukcję ekranową do dyskietki serwisowej: for MSD press m, for Sysinfo press s). Z kolei polski język w menu telefonu komórkowego też mu się wydaje niepoważny. Bo doktór nie jest żadnym nastolatkiem i jak już robi jakiś Anruf ze swojego Handy, to na serio. Na przykład zza granicy pyta swoją Mutter którą mąkę miał kupić.

panorama z trasy Żylina - Turzovka

Panorama wyszła nawet dobrze, jeśli nie liczyć lekkiego skręcenia i przesunięć w pionie. Doktorowi się zdało, że może robić za statyw. A qq. Na to jest za cienki, więc musi robić za doktora. Recepta może być krzywa. A statyw, co se doktór do aparatu cyfrowego kupił, i tak się do niczego nie nadaje prócz robienia sobie zdjęć w towarzystwie… albo i bez.

Program jest niezły, bo bez doktorowego udziału poradził sobie z automatyką aparatu, czy raczej z niechcianymi jej owocami: różnym naświetleniem sąsiednich zdjęć. Żeby tak jeszcze umiał wypełnić trawą czy niebem to, co obciął aparat, bo doktór się chwiał, kiedy panoramę pstrykał… Niektóre fotki początkowo źle posklejał, ale doktór pomógł. Teraz doktór kombinuje jak by tu nie zapłacić za licencję, a dalej cieszyć się programem? Powinno się go dać po miesiącu na nowo zainstalować. A jak nie, to są jeszcze ine programy. Bo pinióndze to se doktór na statyw będzie odkładał. E tam, statyw porządny to doktór ma. Ale porządne nie bywają lekkie ani małe… No, na TĘ polanę to doktór statyw przytaszczy. Albo nastawi szerszy obiektyw… wtedy będzie margines bezpieczeństwa.