To był główny punkt mojego dnia. Dobrze, że nie musiałem się zwalniać z roboty.
Rano wyskoczyłem na czeską pocztę, ale… wypełnione blankiety przekazów bankowych zostały na stole. A jedna z dwu paczek nie nadeszła. Czyli: w sumie szedłem zbytecznie. A teraz brak czasu, by się w spokoju przebrać.
W pół drogi z okna autobusu spoglądam na skoczowski dworzec. W lecie będzie 31 lat od mojej pierwszej wyprawy rowerowej w Polskę. Wtedy nadciągała burza, niebo było sine; schowałem się pod wiatą dworca. Na jego płycie stały niebieskie Jelcze i kilka odstawionych przyczep do nich. Ale poza taborem właściwie nic się na tym dworcu nie zmieniło. Ten sam megafon (przynajmniej od zawsze tak samo brzmi…). 31 lat minęło jak z bicza strzelił. Co będzie za następne 31? Czy będę jeszcze jeździł na wyprawy?
Tato… taki dziś wyglądałeś zmizerniały. Dlaczego odtrąciłeś mnie, kiedy zacząłeś szlochać w kościele, a ja położyłem rękę na twoim ramieniu?
Na cmentarzu było przejmujące zimno. Źle oceniłem pogodę, w pośpiechu wracając z poczty. Tata dał mi swój szal.
Urszula, córka zmarłego, mówi coś nad otwartym grobem, patrząc w dół: tato…
Po drugiej stronie grobu stoi kilkunastoletni chłopak. To syn mojej drugiej kuzynki. Widzę go po raz pierwszy. Raz rozmawiałem z nim przez telefon, kiedy mój tata leżał w szpitalu po wypadku w maju.
Nie wziąłem aparatu. Poprzednio na tym cmentarzu byłem na pogrzebie babci. Kuzynka była młoda, zgrabna, uśmiechała się, że pstrykam właśnie ją. Trzymała za rękę małego chłopczyka. To był jej pierwszy syn. Niedawno zginął – samobójstwo?
Z cmentarza jedziemy do zajazdu. Atmosfera się zmienia: już pogrzebaliśmy wujka, został na lodowatym cmentarzu. Na nas czeka pyszny, gorący rosół. Rozwiązują się języki. Kuzynki Iwony, która straciła syna, nie widziałem chyba od czasu pogrzebu babci. Gdyby nie nasza-klasa, nie mielibyśmy żadnego kontaktu. Kiedy wcześniej zmarł jej syn, nie miałem odwagi zadzwonić.
Już pora się żegnać. Do następnego pogrzebu?