blog

członki sztywnieją

… doktorowi – ale nie te, które powinny. Czy ktoś już wymyślił podgrzewaną mysz?

Wczoraj w domu woda zamarzła w rurach, prowadzących do spłuczki. Nieprędko odmarznie – i czy nie popękały?

Autobus z Suchej Beskidzkiej miał 20 minut spóźnienia. Przyjechał klasyczny Autosan, jeszcze z drzwiami na klamkę, prawie jak z PRL. Podróżni mówili, że tam jeszcze większy mróz.

Początkiem lutego planujemy z Daną kilkudniowy wyjazd. Mamy zamówione miejsce w wagonie mieszkalnym na stacyjce kolei wąskotorowej. Już się cieszę na strzelający w piecu ogień, na długie wieczorne rozmowy we dwoje. W przychodni uzgodniłem grafik dyżurów na ten czas. Dlatego zostałem chwilę po dyżurze i jechałem innym kursem.

A teraz trzeba iść do piwnicy, by napalić w swoim piecu. A potem do urzędu patentowego – z pomysłem na podgrzewaną mysz 😉

blog

pocałunek nieboszczyka

Rano w przychodni było spokojnie. Potem prośba o przyjazd do wymiany cewnika. I oczywiście pacjent, kiedy już się pakowałem: policjant. Taki ludzki, z drogówki, więc trzeba to było docenić. Porządnym ludziom nie daje mandatów za jakieś głupoty.

Jedziemy do tego cewnika. Po drodze telefon: rodzina pana O. pilnie nas wzywa. Znam go: po pięćdziesiątce, uszkodzenie mózgu po zawale serca. Zmiana trasy. Szybciej! Biegiem! Jest nieprzytomny? To dlaczego nie wezwaliście erki?!

Bo my wam płacimy 40 zł, to chcemy swojego doktora.

Pan O. leży na ziemi, bez oznak życia. Zaczynamy reanimację – ja i kierowca. Usta – usta, masaż serca. Wezwijcie erkę. Jechaliśmy do wymiany cewnika i nie mamy nic prócz naszej żałosnej walizki wyjazdowej. Po kilku minutach wpada ekipa reanimacyjna.

Gdzie mogę się umyć?

W lustrze widzę, że na brodzie mam śluz i część śniadania pana O.

Erka odjeżdża. Kierowca idzie po kartę zgonu.

blog

wredny grzyb!

Nawet nie wiem, jak się zowie, po czesku to dřevomorka.  W piwnicy mam już dostęp do zasobów drzewa, więc biorę siekierę. Leżała na pieńku, który zaatakowany został przez grzyb. Dobrze, że ją wypróbowałem, lekko uderzając o pieniek. Drzewce się rozpadło, klinga jest pokryta skorupami rdzy. Co ciekawe, w tej piwnicy nie jest specjalnie wilgotno, a grzyb pojawił się tylko w tym jednym miejscu.

Jeszcze raz: przykład, co z moim życiem, z moim domem zrobiła ta praca w przychodni. Albo po dyżurze, albo na dyżur. Wszystko zaniedbałem.

Grzybie, masz ze mną na pieńku. Poszukam sobie informacji o twojej fizjologii. Bo jesteś potężnym przeciwnikiem. Muszę odkryć, gdzie masz słaby punkt.

blog

minus 20

Tyle było rano. I niewiele brakowało, a woda by nam zamarzła.

Doktór prowadzi nocny tryb życia (jak koty i Adolf Hitler), więc jeszcze przed trzecią był na nogach. Zanim wlazł pod kołdrę, spuścił wodę w kiblu. No i coś niemrawo się dolewała, więc odkręcił kran nad wanną, dopóki nie popłynąła normalnym strumieniem. Potem doktór wskoczył pod zimną kołdrę. Trochę się czuł jak w aucie, ale w łóżku przynajmniej nie ma problemów z uruchomieniem silnika i zaparowywaniem szyb.

Rano doktór się budzi jeszcze przed godziną 10 i postanawia obejrzeć swoje ulubione programy krajoznawcze w czeskiej TV. Ale najpierw idzie do łazienki. A tu woda po kropelce… Rodzicielka oddaliła się za religijną potrzebą, niepomna doktorowego zarządzenia, że trzeba wodę spuszczać*). No, doktór o tym mawia explicite tylko w kontekście wieczora.

Telewizor idzie, woda też. Po kropelce, ale w końcu popuszcza. To tak, jak ze słabym odbiorem w radiu… lub z tlącym się życiem. Trzeba zrobić wszystko, by te śladowe przejawy nie ustały. Tutaj akurat nie ma żadnych dylematów: po prostu odkręcić i czekać.

Telewizja nie zmieniła ramówki i po ciekawostkach czeskich nadaje reportaże ze świata. W Gruzji czczą swojego sławnego rodaka, który raczej jest znany pod pseudonimem Józef Stalin. Prawie w każdej miejscowości ma pomnik, jest kilka prywatnych muzeów. Mimo, że dla Gruzji nic specjalnie nie zrobił, póki był przy władzy. Gruzini są z niego dumni, jak Polacy z Małysza. Albo z Jana Pawła II. Też im za życia pomniki postawili.

Doktór nie gorszy. Pomnik trwalszy od spiżu sobie stworzył, blogując. A do spiżarni też czasem zagląda.

*) spuszczenie wody powoduje napływ świeżej porcji z głównego rurociągu, zakopanego na głębokości, gdzie nawet w największe mrozy temperatura jest dodatnia

blog

mroźna sobota

Siedzę w domu i kurczę się z zimna. Utorowałem drogę do piwnicy, ale to nie wystarcza, by przynieść opał. Zapomniałem, jak wiele rzeczy do tej piwnicy wepchałem. No i jeszcze grzyb się chwycił pieńka, na którym rąbałem drzewo. Przy okazji uszkodził radio, oparte na nim. Okienko nie zabezpieczone, bo nie można było dojść. Znów za wcześnie ta zima przyszła. Za PRL bywało inaczej.

Mama w swoim pokoju używa grzejnika elektrycznego, w kuchni jest gazowy. Tylko w duże mrozy trzeba ogrzewać i mój pokój – czyli dotąd jakoś bez opału sobie radziłem. I dlatego droga do piwnicy zarosła. Tylko gdzie ja te wszystkie graty dam? Strych przepełniony, wypadałoby go raczej rozluźnić, bo w kilku miejscach dach przecieka i nie mam jak dojść. Nawet nie wiem, jakie szkody tam powstały. Przez dobre dwa lata byłem bardzo obciążony pracą w przychodni – czasowo, bo luzy były, ale trzeba było tam siedzieć. Od czerwca, po powrocie z urlopu – całkowicie naopak, czyli mnóstwo wolnego. To dlaczego nie odrobiłem zaległości w domu? Nie można już zwalać winy na brak czasu. Marazm. To obezwładniające uczucie niemożności. Dom, w którym mieszkam z rodzicielką. Grzyb, który mi zniszczył kawał warsztatu. Uszkodzone auto na podwórku. Ucieka się od tego i w myślach, i fizycznie – na wycieczki, na vandry.

No i przyszła zima. Wredna taka, kapitalistyczna. Socjalistyczna zaskakiwała tylko drogowców. Ręce marzną, że aż chce się wyć.

A kiedy do roboty? Wuj wie. A może nawet nie wie.

Skoro mowa o wujach: ponad 3 doby minęły od wyjazdu na pogrzeb wujka. Wygląda na to, że trup ożył. W grobie??? E tam. To nie gazeta Fuckt. W telefonie Siemens C25. Bateria była niby do niczego, a po naładowaniu przed wyjazdem na pogrzeb – działa do teraz. Telefon z roku 1999, najnowszy i najmniejszy, jaki posiadam. Przynajmniej z tych, które nadają się do użytku. Ale nie podoba mi się. Jak ktoś miał Siemensa S10, byle co mu nie podejdzie. Miał? Ma, nawet kilka, z tego dwa zupełnie dobre. Nie pracują w paśmie 1800 MHz, ale to stwarza problem tylko w Pradze. I chyba w Hodinínie, bo tam też doktór nie mógł się zalogować do swojej sieci 230-03, czyli wówczas Oskara. A było to podczas wyprawy rowerowej latem 2001. Ech, w tym roku trzeba wreszcie na porządną wyprawę się wybrać. I chyba już na nowym rowerze. Taka jazda próbna i docieranie – jakieś 500 km po Czechosłowacji. Przed wyprawą pod hasłem Dubrovnik.

blog

zimowy marazm

… spłynął dziś na mnie i na Danę.

A pogoda taka ładna – przynajmniej u mnie: słonecznie… ale mroźno. Z powodu tego zimna nie bardzo chce się cokolwiek robić. Drogę do piwnicy jednak utorowałem. Trochę w piecu napaliłem, ale jeszcze nie piwnicznymi zasobami. A tu trzeba korzystać z wolnego czasu, by na wiosnę już w mig móc wyskakiwać na rower czy w góry. No i nie byłoby źle odgracić pokój, w którym mogłaby spać Dana. Niestety, nie wyobrażam sobie, żebyśmy tam mogli spać oboje. Dopóki moja mama jest w domu… A my z Daną nigdy jeszcze nie spaliśmy w łóżku. No, przynajmniej mamy się na co cieszyć. Ja – dodatkowo na jej Škodę 105. I to nieprawda, że do Niemiec wolno tylko z katalizatorem. Inna rzecz, że tak skorodowanym autem bym się tam nie odważył jechać.

A Dana? Mogła dostać za darmo ładną meblościankę, ale krewny, który miał jej pomóc w transporcie, nawalił. Miała dziś kiepski humor. Ogarnia mnie w tym domu poczucie niemożności.

Jakbym to skądś znał…

blog

znowu zmiana

… w moim grafiku na najbliższe dni. Dzwonił Tadeusz, że przeziębiony i nie pojedzie tam, gdzie chciał (pewnie na narty, to nie jest grzech…). Poprosił, czy może anulować zmianę: miałem wziąć jutro cały dzień z dyżurem – do soboty rano, co mi się specjalnie nie uśmiechało.

Dziwna ta nasza praca: jak człek chory, to chodzi do niej rad. Bo w domu szkoda czasu na chorowanie. I na przeglądanie aukcji.

Nie muszę rano wstawać. To fajnie, nie przepadam, przyzwoici ludzie nie wstają przed godziną 10. Trzeba będzie za to napalić w piecu (w robocie jest ogrzewanie podłogowe, nogi nie marzną, choć temperatura jest taka sobie).

Dana lubi piece kaflowe. Ja też, ale ciepłe 😉

blog

szewska pasja

… doktora ogarnęła po telefonie z roboty.

Zażądał od rodzicielki nici, igły i naparstka, bo pasek od doktorskiej torby wisiał już na włosku. Szew puścił. Lepiej było przyszyć na maszynie, ale ile by za taką usługę ktoś wziął?

A szewska pasja po telefonie z roboty? Szef udaje, że nic nie wie. Albo naprawdę nie wie? Trzeba będzie w końcu z szefostwem pogadać. Bo bezczelności nie da się wziąć na przeczekanie. Nie ustąpi. Gdzie tam! Pójdzie jeszcze dalej.

Szczegóły? Ha, tu jest problem tego blogu. Czytuje go Dana i ktoś z roboty. Staram się nie ranić Dany, bo to dla mnie ważna osoba (choćby nie była, nie chcę ranić niewinnych…).

Ale w robocie – to też ważne dla mnie persony (i niekoniecznie niewinne).  Jak Bin Laden dla CIA. Z tym, że ten ostatni jest raczej straszakiem, niż realnym zagrożeniem.

blog

pogrzeb wujka

To był główny punkt mojego dnia. Dobrze, że nie musiałem się zwalniać z roboty.

Rano wyskoczyłem na czeską pocztę, ale… wypełnione blankiety przekazów bankowych zostały na stole. A jedna z dwu paczek nie nadeszła. Czyli: w sumie szedłem zbytecznie. A teraz brak czasu, by się w spokoju przebrać.

W pół drogi z okna autobusu spoglądam na skoczowski dworzec. W lecie będzie 31 lat od mojej pierwszej wyprawy rowerowej w Polskę. Wtedy nadciągała burza, niebo było sine; schowałem się pod wiatą dworca. Na jego płycie stały niebieskie Jelcze i kilka odstawionych przyczep do nich. Ale poza taborem właściwie nic się na tym dworcu nie zmieniło. Ten sam megafon (przynajmniej od zawsze tak samo brzmi…). 31 lat minęło jak z bicza strzelił. Co będzie za następne 31? Czy będę jeszcze jeździł na wyprawy?

Tato… taki dziś wyglądałeś zmizerniały. Dlaczego odtrąciłeś mnie, kiedy zacząłeś szlochać w kościele, a ja położyłem rękę na twoim ramieniu?

Na cmentarzu było przejmujące zimno. Źle oceniłem pogodę, w pośpiechu wracając z poczty. Tata dał mi swój szal.

Urszula, córka zmarłego, mówi coś nad otwartym grobem, patrząc w dół: tato

Po drugiej stronie grobu stoi kilkunastoletni chłopak. To syn mojej drugiej kuzynki. Widzę go po raz pierwszy. Raz rozmawiałem z nim przez telefon, kiedy mój tata leżał w szpitalu po wypadku w maju.

Nie wziąłem aparatu. Poprzednio na tym cmentarzu byłem na pogrzebie babci. Kuzynka była młoda, zgrabna, uśmiechała się, że pstrykam właśnie ją. Trzymała za rękę małego chłopczyka. To był jej pierwszy syn. Niedawno zginął – samobójstwo?

Z cmentarza jedziemy do zajazdu. Atmosfera się zmienia: już pogrzebaliśmy wujka, został na lodowatym cmentarzu. Na nas czeka pyszny, gorący rosół. Rozwiązują się języki. Kuzynki Iwony, która straciła syna, nie widziałem chyba od czasu pogrzebu babci. Gdyby nie nasza-klasa, nie mielibyśmy żadnego kontaktu. Kiedy wcześniej zmarł jej syn, nie miałem odwagi zadzwonić.

Już pora się żegnać. Do następnego pogrzebu?