blog

kochają doktora ;)

Jestem Vera według nazwy, good looking, że dziewczyna jest opiekuńczego i kochającego z natury, przede wszystkim zaufać Bogu i obawiając się, że jest pani bardzo wyspecjalizowana w życie, z Cera godziwej w gorącej sexy slim fit.I naprawdę chce mieć dobre stosunki z wami po realizując swój profil na tej stronie, uprzejmie wrócić do mnie poprzez mój adres e-mail.

Gorący seks to by nawet był na czasie, bo się zmarzło przy odśnieżaniu. A potem doktór odnalazł hasło do forum turystycznego, gdzie miał prywatną wiadomość. Jakiś tam konkurs, można wygrać wycieczkę z biurem podróży do jakiejś Florencji czy gdzieś tam. Doktór ma to akurat gdzieś tam. A przy okazji przeczytał stary, spleśniały spamik i jego porażający googloprzekład.

W mejlu też doktora kochają. 12 rosyjskich narzeczonych, jak się kliknie w łącze. I jakie piersi! No tak, Rosjanie zawsze bywali we wszystkim pier(w)si…

blog

doktór w kryzysie

Blog i relacja z Daną cokolwiek się zachwiały – w wyniku wzajemnego zderzenia.

A wydawało się, że nie mamy przed sobą tajemnic, że wszystko sobie potrafimy powiedzieć…

Czy moja wczorajsza pacjentka przeżyła w szpitalu?

Dużo pytań. Dużo niewiadomych…

blog

ostry start

… na wszystkich frontach.

Dana nie mogła się powstrzymać  i czytała mój blog. Ma do mnie duży żal o to, co o niej pisałem. Nie, nie czytała komentarzy. Tych wszystkich miłych, ciepłych słów od nieznajomych…

A w przychodni? Dziś był istny Sajgon. Tadeusz wiedział, co robi, biorąc urlop.

Stosy recept, wizyta domowa. I za półtorej godziny telefon, że stan się pogarsza. Bardzo pogarsza. Wysłałem tam karetkę z ratownikiem (i skierowaniem do szpitala), bo… nie byłem pewien, czy pacjentka dotrze do niego żywa. Uff, dotarła.

Jak się to wszystko skończy?

Czy można być na blogu całkiem szczerym? Nie? To po co blogować?

Ludzie, którzy nas znają w realnym świecie, NIE POWINNI CZYTAĆ NASZYCH BLOGÓW. Nie powinni o nich wiedzieć. Chyba, że koncepcja blogu z góry to zakłada.

blog

dzień w Pilźnie

Dziś pojechaliśmy z Daną do niedalekiego Pilzna, w którym spędziła dzieciństwo.

Gwoździem programu było zwiedzanie muzeum piwowarskiego.

Jutro rano odjeżdżam w swoją stronę (jakoś chwilami trudno mi napisać do domu), Dana będzie mi prawdopodobnie towarzyszyć do Pragi, gdzie być może po drodze wpadnę też po radio do kolekcji.

Ale teraz przed nami ostatni wspólny wieczór; szkoda, bym go spędził przy komputerze.

blog

Nowy Rok z fretką

Były mąż Dany z początku zgotował nam niemiłe przyjęcie: zamknął drzwi na dodatkowy zamek, a potem, idąc nam otworzyć, spuścił drugiego psa. Z psem to akurat nie wypaliło (jeśli oczekiwał, że mnie wystraszy), bo wilczyca chyba poznała, że lubię psy i nie boję się ich. Nie boję, bo przywykłem do Sary…

Przed północą Jarda (Jarosław) jednak zapukał do nas i przyniósł szampana. Życzyłem nam wszystkim zdrowia i rozsądnego zagospodarowania reszt(ek) naszych żyć,  które są tak akurat w połowie (rozgrzebane). Czyli na koniec udobruchaliśmy się.

A fretka? Dana mi ją przyniosła i dała na szyję. Masz kołnierz… Co? Zapach? No przecież jest krewniakiem tchórza…

No już nas nie obmawiaj, co tam piszesz, chcę to zobaczyć

blog

Sylwester na wariackich papierach

Czemu na wariackich? Ano tak, Dana siedzi obok mnie i może być jej głupio, że swój blog nadal traktuję jako osobistą tajemnicę.

Po powrocie może coś więcej zdradzę…

Jedno już teraz: nie myliłem się, Gadu-Gadu jej popsuł najprawdopodobniej były mąż, który nadal ma dostęp do jej komputera….

Dwa poprzednie dni spędziliśmy na wędrówce. To jest sytuacja dobrze nam znana, w której zawsze się odnajdujemy. Z początku był problem, bo Dana nie znalazła miejsca, gdzie mieliśmy przenocować pod skałą. Akurat zaczął padać śnieg i trzeba było szukać dachu nad głową, bo nie wzięliśmy ani płachty, ani namiotu. Musieliśmy uciekać z lasu, schronienie znaleźliśmy w ruinach kolejarskiej budki, przy samych torach. Baliśmy się, że pociągi będą nas budzić (bo to linia główna Praga – Pilzno i ruch w nocy nie zamiera), ale nie było tak źle.

Następnego dnia Dana chciała już zakończyć vandr, ale przeforsowałem kontynuowanie wędrówki i kolejny nocleg w przyrodzie. Trochę pobłądziliśmy, bo teren zmienił się od dziewczęcych czasów Dany (bardzo lubiła to miejsce), więc ostatecznie nocowaliśmy w nieplanowanym miejscu – pod ceglanym sklepieniem przepustu, zapewne dawnej bocznicy kolejowej na terenie byłego kamieniołomu. Z uwagi na nietypowy, pionowy układ warstw geologicznych, kamieniołom i tym samym miejsce naszego noclegu znajdowały się na wierzchołku wzniesienia, skąd roztaczał się interesujący widok. Deszcz padał, a my bezpiecznie schowani w swej kryjówce, delektowaliśmy się góralską herbatą.

A teraz jesteśmy w domu, tzn. u Dany. I dlatego nie wypada mi siedzieć przy komputerze. Żeby nie czuła się opuszczona w ten wyjątkowy dzień…

blog

ranny ptaszek

Doktora obrzezali?

Nie, doktór z samego rana urwał się z dyżuru i pobiegł na autobus o 6.13. Tyle, że takiego niet – doktór sobie w mózgownicy takowy kurs wygenerował, bo w dni robocze jeżdżą równo co godzinę. Tak, ale dopiero od 7.13. To nie PRL, w tym kraju nie jeździ się do pracy na rano, do fabryki. Do pracy to się jeździ do jakichś tam Londynów, gary zmywać.

Jeszcze przed wyjściem z przychodni się doktór oprysznicował. Jadę na dziouchy – rzucił do kierowców i tyle go widziano.

blog

Maluch na ślizgawce, doktór…

… na huśtawce.

Najpierw, jeszcze wczoraj, była huśtawka: doktór zauważył, że Tadeusz swawolnie poprzestawiał dyżury, korzystając ze zmiany kalendarza na przyszłoroczny. Na starym kalendarzu, jeszcze przed swoim urlopem, wpisał się na cały bieżący tydzień, zostawiając mi ochłap w postaci soboty po Nowym Roku. A tu patrzę – wisi nowy kalendarz, dzisiejszy dzień jest nieobsadzony, za to noworoczny weekend całkiem zatadeuszowany. Miałem dziś wyjechać… i chcąc nie chcąc wrócić w Nowy Rok. Ale okazało się, że wyjazd muszę odłożyć, bo nagle zachorowała mama Dany.

I tak zamiast z Daną w przyrodzie, jestem dziś w przychodni. Jutro miałbym wyjechać. Najbliższy dyżur wypada mi dopiero w poniedziałek. W sumie ta zmiana mi nawet pasuje, ale sobiepaństwo Tadeusza zaczyna być nieznośne.

Chwilami mam wątpliwości, czy te wszystkie okoliczności, na które się Dana powołuje, są prawdziwe. No i raczej nie powiedziała mi pełnej prawdy o swych relacjach z byłym mężem. Robi nieoczekiwane uniki, bym tylko nie znalazł się pod jej dachem. Na Sylwestra rzekomo zaprasza nas do siebie jej koleżanka i rzekomo Danie się ten pomysł nie podoba. Nie będę jej spowiadać przez Skype. Poczekam, może w bezpośrednim kontakcie powie mi, co właściwie jest grane.

A Maluch? Kiedy rano wracałem nim z roboty, zaczęła padać drobna śniegowa kaszka. Po chwili zorientowałem się, jak strasznie jest ślisko. Z trudem dojechałem do domu, ale nie mogłem wjechać do ogrodu – wzdłuż ulicy utworzył się korek. Z powodu niewielkiej stłuczki autobus i dwa auta osobowe stały i blokowały skrzyżowanie. Wkurzyłem się i zacząłem robić im zdjęcia, jak tylko w końcu odstawiłem Malucha za bramę. W pewnym momencie właściciel jednego ze stukniętych aut (słowo daję, prócz pękinętej ramki taablicy rejestracyjnej nie dopatrzyłem się innego uszkodzenia jego wozu…) zaczął odsądzać od czci i honoru kierowcę, próbującego się przez ten korek przecisnąć.

Tego było doktorowi za wiele. Uruchomił litanię do świętej Q… i po chwili poszkodowani usunęli się na bok. Zator ruszył. Zupełnie jak pamiętna winda w Seksmisji…

felietony

felieton do numeru sylwestrowego

Zamarznięte serca

Wigilię spędziłem w tym roku w domu. Nie w każdym zawodzie jest to oczywiste, dlatego ucieszyłem się, że mogę ten wyjątkowy dzień spędzić z rodziną. Zima akurat była w odwrocie i tylko w naszych domach panowała gwiazdkowa sceneria. Długo siedzieliśmy przy stole, aż zastała nas północ.

Wkrótce się dowiedziałem, że tej nocy na Zaolziu zamarzło na śmierć dwu bezdomnych. A przy naszym stole czekało miejsce na niespodziewanego gościa. Czy rzeczywiście chętnie przyjęlibyśmy bezdomnego? Pewnie nie pachniał świeżością. I po co? By nakarmić go świątecznymi specjałami, pozwolić mu się ogrzać i w końcu wyprosić go na mróz? W samo Boże Narodzenie przechodnie znaleźli dwa martwe ciała. Kim byli ci ludzie, dlaczego skończyli na ulicy? Kogo obchodził ich los, póki żyli? Ilu jeszcze bezdomnych nie przeżyje tej zimy? Zamarzną po świętach, więc nie trafią na czołówki gazet.

Dla „Dziennika Zachodniego”, 28 XII 2009