Z tych ciast, bo każdy do roboty nosi poświąteczne resztki i miłosiernie dzieli się z bliźnimi…
Ale większą zgagę mam mentalną. Przychodzę rano, chcę ubrać służbową polarową kurtkę (bo zimno) – nie ma, widać ktoś w niej chodzi, a jest przecież podpisana… Masarnia, gdzie dotąd rezydowałem – zajęta przez pana Bogdana. Do kanciapy Tadeusza nie pójdę. Czy dlatego był taki nachmurzony, kiedy go widziałem schodzącego z dyżuru? Musiał się dowiedzieć, że podczas jego urlopu ja w tym pomieszczeniu bywałem.
Pan Bogdan, prywatnie brat Szefki, proponuje mi objęcie gabinetu laryngologa. Wieczorami bywa zawsze wolny. No dobrze, ale gdzie mam trzymać swoje rzeczy? Na szczęście dla mnie okazuje się, że nie ma tam kozetki, więc nie będę tam wykopany.
Wypłaty nie ma. Dyżurki nie będzie. Dziecko jakieś mi wiozą. Co ja pediatra jestem?
Dana od razu jutro zabiera mnie w teren. Czytaj: nie chce, abym się pojawił u niej w domu. Wygląda na to, że z byłym mężem żyje w całkiem dobrych stosunkach. Może nadal dzielą łoże, czy nawet komputer…
Maluch z początku nie chce słuchać pedału gazu. Chyba trzeba przestawić zapłon. Akurat na mrozie nie chce mi się w nim dłubać.
Chyba się położę, bo dziecko załatwiłem. Masarnię odbiłem.
I tyle twojego, doktorku