blog

ostatni dzień dyżuru

jak na niedzielę – wcale nie jest taki spokojny. Nie mogę narzekać: nic specjalnie trudnego od strony medycznej, co nie znaczy, że lekkie przypadki.  Pierwsza interwencja – wyjazd do starszej pani, którą rano znaleziono leżącą na podłodze. Zasłabła i potłukła się, czy upadła i jest nieprzytomna na skutek urazu? Nieraz trudno rozstrzygnąć. Tutaj wydaje się, że doszło do udaru mózgu, a upadek był wtórny. Jedyny problem: jak wynieść chorą przez ciasne drzwi. I jak nawrócić karetką na niewielkim, zaśnieżonym podwórku.

Kiedy badałem chorą, nasz kierowca podszedł do niej z pulsoksymetrem (przyrząd do oceny nasycenia krwi tlenem i częstości tętna – prześwietlający palec ręki badanej osoby). Doktorze, ona ma tylko 73%, powinna jechać pod tlenem. E tam, usta są różowe, ten przyrząd źle pokazuje. Pewnie dlatego, że pacjentka leżała na zimnej podłodze i krew kiepsko cyrkuluje w palcach. Mamy leczyć pacjenta, a nie wyniki badań, które w tym przypadku są ewidentnie zafałszowane.

Przypadek w sumie łatwy – dla nas. Pilnuję podczas jazdy, by się nam chora nie udusiła (własnym językiem w szczególnści). I tyle naszej roboty. Przekazujemy pacjentkę izbie przyjęć. Szpital będzie miał trudniejsze zadanie, niż my.

A naprawdę trudny jest ten przypadek dla samej pacjentki…

I koniec blogowania, wyjazd na kolejną wizytę.

blog

ruch przedświąteczny

No wszędzie. Na dwa tygodnie przed Świętami ludziska muszą zrobić zapasy. Na kilka tygodni. Wszystkiego. Leków, więc d*** trują doktorowi. I dwa opakowania leków im mało, więc na sztuki trzeba pisać (a jak nima netu, to d*** zbita, bo tylko tam jest aktualny wykaz). Albo na odmianę dwa to im za drogo, wolą częściej do doktora chodzić. Wyjaśnienie dla normalnych ludzi: w normalny sposób można na recepcie przepisać dwa najmniejsze opakowania medykamentu.

W Biedronce też szał zakupów. Kurde, tego żarcia w wózkach. Do Nowego Roku tych ilości przez d*** nie przepuszczą…

Doktór do Biedronki wpadł, wracając od świątobliwego pacjenta z heksenszusem.  Sypmatyczny franciszkanin, staruszek. Zawsze mnie błogosławi na pożegnanie. A ostatnio spytał, czy mam dziewczynę. Bo smutno jest, jak człowiek w życiu zostanie sam. A dobra jest? Bo to nie ważne, czy ładna… Duchowny, ale nie świętoszek. Zwykły człowiek, rozumiejący i kochąjacy innych.

Wychorować się na zapas raczej jest trudno, ale i tak ruch jest cokolwiek większy, niż zwykle. I jeden zagadkowy przypadek. Bóle i zawroty głowy w dzień po wypadku samochodowym, w którym pacjentka nie odniosła żadnych obrażeń. Konsultowałem się telefonicznie z neurologiem i też nie miał pewności.

A ja znów mam chrypę. I to w chwili, gdy Dana zaczyna snuć plany zimowego wandru. Uprzedza, że nie będzie tak łatwo o drzewo na ogień. Chcę… Jeszcze nigdy nie biwakowałem w zimie…

A teraz – spieszmy się zapisać notkę, tak szybko net pada… Ks. Twardowski zechce wybaczyć, należał chyba do tego samego typu ludzi, co mój franciszkanin…

blog

święty spokój

… miał doktór w nocy, bo telefon nie działał. Mimo to działał net. Teraz z kolei nie za bardzo mu się chce. Sukces: w domu nie zamarzła woda. Dana pojechała dziś do Pilzna, by pożegnać się z Zoją, wracającą do Rosji. Z tej imprezy jechała do domu w odpowiednim do sytuacji stanie (3 wina na 2 głowy) i o mało nie wysiadła na złym przystanku. Jeszcze z niej będą ludzie. W poniedziałek idzie do specjalisty ze swoimi chorymi nerkami. A teraz jeszcze notkę wsadzić na blog przy tym zdychającym necie…

blog

Arbeit macht blöd

No niestety, nie  frei

Nie taki znów wolny, nie taki znów wolny, wcale nie

Blöd – to głupi, durny.

Doktorowi się mylą przyciski myszy, rubryki na druku ZLA (kiedyś miał symbol L-4…), warczy na pacjentów, chwilami nawet rzuca mięsem…

Tygodniowy maraton dyżurowy – to żadna sensacja w tym zawodzie. A przychodnia to w sumie małe piwo w porównaniu ze szpitalem.

Ale mimo wszystko – pora odpocząć.

blog

dyżurowy mix…

… czyli wszystkiego po trochu.

Rano dokonał się akt sukcesji: objąłem w (doczesne) posiadanie kanciapę Tadeusza. Wszystko by było fajnie, ale nie ma tam netu… Może jednak nastała pora na odwyk?

Pod wieczór wyjazd na wizytę kontrolną do pani Z. Miałem wątpliwości, czy nie należało jej poprzednio posłać do szpitala, bo zaczynała się robić stopa cukrzycowa. I co się okazało? Noga o niebo lepsza, ale dziś od rana jakaś dziwna, mówi od rzeczy. Osłuchuję: płuca fatalne. A więc jednak szpital. Widzę łzy w oczach dorosłej wnuczki. A ja jeszcze szybko przygotuję dla babci kolację, bo w szpitalu pewnie już zjedli.

Dopiero w izbie przyjęć wychodzi na jaw, jak słabo natlenioną krew staruszka miała. Dziwne, że nie dostrzegłem sinicy. Pulsoksymetrów przecież kiedyś nie było…

Ale co mi się bardziej wbiło w pamięć: jak tę babcię w domu kochają…

Po powrocie do przychodni niechcący w pokoju socjalnym puszczam bąka. Akurat w obecności pielęgniarki, która z oburzeniem wychodzi.

A jak wy kurzycie, to jest dobrze! (wyjaśnienie dla nie-Ślązaków: chodzi o palenie)

Kurzenie a pierdzenie to nima to samo.

No pewnie, że nie. Od pierdzenia nie dostaje się raka płuc.

felietony

felieton na 18 XII 2009

Gwiazdkowe łowy

Wyprzedaż garażowa -– przeczytałem i pobiegłem we wskazane miejsce, dawny posterunek graniczny. Chyba skończyła się wcześniej: było zamknięte na głucho. Wiedziałem, że nie przyciągnie tłumów. Komu dziś potrzebne pchle targi, gdy wszystko można kupić w marketach czy na targowiskach?

Choćby mi. Pamiętam pasję, z jaką przed ćwierć wiekiem zdobywało się gwiazdkowe prezenty już od lata. Dziś mamy pełne sklepy, niektórzy też mają pełne portfele. Gorzej z czasem, więc w ostatniej chwili wyskakujemy do centrum handlowego. Trudno o oryginalność, a jednocześnie tak wiele niepowtarzalnych rzeczy zalega po szufladach i strychach. Niepotrzebne właścicielom, mogłyby się dla kogoś stać skarbem pod choinką, zamiast trafić do recyklingu. Dlaczego nie ma u nas pchlich targów? Na Zachodzie należą do tradycji. Próbowano je zorganizować w Skoczowie, ale sprawa ucichła. Czekamy na unijne granty?

Dla „Dziennika Zachodniego”, 15 XII 2009

blog

doktór zmęczony

… już jest, bo od rana było co robić: wizyta domowa, przewóz do szpitala, dwie przychodnie.

Zanim dokonałem radykalnej depacjentacji,  była prawie godzina 18 i nareszcie zrobiłem sobie zupę tzw. wietnamską – powiedzmy, że na drugie śniadanie.

A teraz trzeba jeszcze napisać felieton. Dobrze, że redaktor przesunął mi termin na rano. Tak, jak w dzień powrotu z wandru.  Ile to już czasu? 3 tygodnie…

A za dwa powinniśmy znów być razem…

Na razie jesteśmy na Skype, bo Danie od wczoraj Gadu-Gadu nie chce działać. Właśnie rozmawiamy o smutnym losie kobiet czterdziestoletnich, które rozpaczliwie szukają partnera… i nieraz wpadają w łapy dość wrednych facetów…

blog

gdzie jest Dana?

Powinna być już w domu. Domu? No, budynku, gdzie mieszka z byłym mężem…

Za aprobatą samego Szefa odwiozłem ją na pociąg. Mieliśmy prawie godzinę czasu, to poszliśmy na zakupy. Do jednego koszyka wkładaliśmy wiktuały na jej podróż i mój dyżur. Byliśmy też na poczcie, ale nic tam dla mnie nowego nie mieli.

W drodze z dworca wpadłem do domu, by zabrać kody bankowe, których zapomniałem. Mama piekła ciastka świąteczne. A może stanie się cud, zaakceptuje Danę, nauczy ją swoich przepisów? – pomyślałem. Dowiedziałem się, że w nocy zamarzła nam woda. Nie miałem czasu się tym zajmować, obiecałem, że wpadnę wieczorem.

Okazja nadarzyła się zaraz po powrocie do przychodni: wizyta domowa z prośbą o przewóz do szpitala. Ta sama pacjentka, u której byłem rano. Początkowo myślałem, że przesadza. To przecież kolka nerkowa – nagle mnie olśniło. Bo pacjentka cały czas mówiła o zespole jelita drażliwego, na który prawdopodobnie też cierpi.

Ukradkiem spoglądałem w kąty ich mieszkania. Zwykłe mieszkanie w bloku, ale z nastrojem prawdziwego domu. Kuchnia, w której chce się usiąść… Czy my z Daną też będziemy taką mieli? I gdzie?

Po raz pierwszy wjechaliśmy do nowej izby przyjęć. Za karetką zamknęła się żaluzja. Dziwna ta izba… Nowoczesna, ale czegoś jej brak. Nie wiedziałem, w którą stronę mam się zwrócić, by odddać skierowanie.

Dzwonimy do przychodni: pacjentów niet. No to ja wysiadam i do domu, przez dziurę w szpitalnym płocie.

Gdzie jest ta skubana opalarka? I do tego jeszcze spaliła się żarówka w warsztacie, wybijając korek. Przeciskam się korytarzem piwnicznym przez swoje graty, by spojrzeć na goły odcinek rur – to pewnie tam zamarzło. Aaa! Jest opalarka. Nawet kabel ma w gniazdku. Została chyba od przedpoprzedniej zimy. Ale ten czas leci… Oczywiście, wtedy solennie sobie obiecywałem, że zaraz na wiosnę zabezpieczę okienka.

Wodę odmroziłem, rury prowizorycznie zabezpieczyłem. Zbieram się na autobus, bo w moim pokoju zimno… i co właściwie miałbym tam robić? Pacjentów nadal nie ma, ale rano i tak mam być w przychodni. Obstawiam aukcje, zagryzam mamine ciasteczka – i na dworzec. Wręcz się cieszę z powrotu do przychodni. Odbiło mi???

Gdzie właściwie jest mój dom? I gdzie się podziewa Dana? Na GG jej nie ma. Zobaczę na Skype. A jak nie, poślę jej SMS-a…

Tej nocy nikt mnie nie będzie spychać z materaca, łaskotać…

I nikt mnie rano nie pocałuje.