blog

Upływa szybko życie…

… czasami wręcz za szybko. Niezły temat jubileuszowego wpisu nr 2000…

Końcem kwietnia tradycyjnie pojechałem na spotkanie Historycznego Radioklubu Czechosłowackiego. Trochę się zdziwiłem, że nie odbywa się jak od lat w Zlinie, ale w pobliskich Wizowicach. Po przybyciu na miejsce zdziwłem się jeszcze bardziej, że nie ma Franty (Franciszka) Feřiny, twórcy i duszy naszego klubu. Aukcja bez jego osoby była cienka jak kiepsko zaśpiewany cover. Chory, coś mu przeszkodziło? To dlaczego nikt o tym nie wspomina? I jeszcze ta fraza „gdyby był z nami Franta”. Zacząłem coś niedobrego węszyć, ale nie wypadało się pytać – odniosłem wrażenie, że wszyscy to wiedzą, tylko ja nie. Spotkania klubowe są w ciągu roku cztery, a ja ostatnio jeżdżę tylko na wiosenne (bo najbliżej) – taki już garbaty los ojca rodziny.

Aukcja zakończyła się szybko. Prawie nic nie kupiłem, poza małym, ślicznym radyjkiem lampowym na baterie. Na polu w międzyczasie rozpadało się. W przedsionku sokolovny (dom tradycyjnego stowarzyszenia patriotyczno – militarnego z czasów odrodzenia narodowego) ktoś wysypał na stół zawartość… beczki. Same części radiowe, chyba spadek po zmarłym radioamatorze. Ludzie brali, co komu pasowało, ale i tak większość tego smętnego skarbu wkrótce skończyłaby na śmietniku – beczka była spora, a perełek nie było tam zbyt wiele. Doktór się zlitował i odtaszczył wielką torbę do swego centa. Ile tego kiedyś zostanie po mnie? – przemknęła mu przez głowę myśl.

W drodze powrotnej doktór minął się najwyraźniej z rajdem youngtimerów : Wołgi 21 (ale nie czarne…), Trabanty, Škody 100 (i 120! – o tempora, o mores, toż to były jeszcze niedawno normalne auta ludzi mniej majętnych…), nawet stara Oktawka się trafiła. Doktorowi zrobiło się jeszcze smutniej. Było widać, jak bardzo te auta nie należą już do normalnego pejzażu czeskich szos.

Po powrocie doktór wraz z połowicą, z pomocą niezawodnego wujaszka Googla, odkryli brutalną prawdę. Franta nie żyje. Zmarł nagle, w pociągu, wracając z jednej z klubowych akcji. Przez wiele dni i nocy prześladował doktora obraz Franty, leżącego bezwładnie w przedziale. „Konduktor znalazł go przed Wyszkowem bez oznak życia”.

Franta nigdy specjalnie mnie nie lubił, nie szczędził uszczypliwych docinków, nie wiem dlaczego. Ja go bardzo ceniłem. Nasz radioklub nigdy już nie będzie taki, jaki znałem przez długich 26 lat. Ale cóż – świat w tym czasie też nie stał w miejscu. Zdaniem doktora, powoli i wytrwale osuwał się w bagno.

A sam doktór i jego marny żywot? Szkoda gadać.

blog

(B)analne radości doktora

Działo się parę dni temu. Doktór z namaszczeniem usiadł na desce klozetowej. Po chwili uniósł grzybek francuskiego zaworu spłukującego*). Już nie trzeba biegać z wiadrem. Nie trzeba zamykać zaworu dopływowego. Wszystko znów działa. Czy to prawda, że Drupi jest z zawodu instalatorem? Mógłby być z doktora dumny.

*) Niełatwo dziś zdobyć normalny zawór spłukujący, bez automatycznego dozowania wody – po prostu taki, jakie były za PRL: unosisz grzybek i wciskasz, kiedy dość.

Pomysł odkręcenia wody podczas największych mrozów był doskonały. Niestety, zaraz po ich ustąpieniu doktór wodę zakręcił, a ta pod wpływem przemarzniętych ścian w ciągu kilku godzin zamarzła, uszkadzając instalację w 4 miejscach. Doktór najpierw naprawił główną gałąź, zaopatrującą wannę i kuchnię. Ostatnim etapem było załatanie jedynej dziury w tej drugiej, prowadzącej do spłuczki i pralki. Po drodze odgałęzia się rura do umywalki w warsztacie, ta była zaślepiona. Doktór dał tam przy okazji kran, przeznaczony do tymczasowego zaopatrywania w wodę ogrodu: napełniania konewek i czajnika elektrycznego. Doktór kupił już wiertło do przewiercenia grubej ściany swej stuletniej  matkowizny,  ale na razie będzie przez okno przerzucać węże, zakończone kurkiem.

No i mamy wreszcie święta. Święta świętami, a doktór ledwo żywy. Wytoczył ciężką artylerię przeciwko zaszancowanym w zatokach (perskich?) producentom ropy. Klindamycyna przedtem pomogła Danie w problemach okołozębowych, u doktora wywołała na początek wredną sraczkę. Probiotyk, kefir, Gastrolit, loperamid… W końcu się uspokoiło.

Jaka to radość móc poluzować zwieracze i ostrożnie puścić suchego bąka…

Jutro pogoda znowu ma być kiepska. Może uda się nam mały wypad? Po jakieś niebanalne doznania.

blog

zaręczyny na pchlim targu

W sobotni ranek Ewunia przynosi mi swój pierścionek ze słowami: daj go mamie. Dlaczego się jeszcze nie ożeniliście?

Tego dnia wybraliśmy się na pchli targ w wiejskiej szkole. Szwarc, mydło i powidło. Kupuję Ewuni książki i płyty. Zauważam też pierścionek. Ile kosztuje?

Ewunia z zakupionym pierścionkiem znika. Po chwili wręcza go zdumionej Danie: to od taty.

No to jesteśmy zaręczeni.

A chomik dostanie nową, większą klatkę.

blog

ulubiony dzień doktora

… czyli środa. Dlaczego? Bo nie poniedziałek (wiadomo), we wtorek trzeba napisać felieton, w czwartek zmiana popołudniowa, więc doktór permanentnie spóźniony, piątek – już doktór pada, a tu zwykle trzeba się raźnie zbierać na weekendowy wyjazd.

Ale nie tylko przez wykluczenie. Środa jest taka fajna. Środa minie, tydzień zginie.

Dziś rano – ulga. Nie trzeba ciągnąć Ewy do przedszkola, bo jedzie do optyka po okularki na zeza. Deszcz pada, a tu znów auto nie chce zapalić. Coś „zjada” akumulator. Z powrotem do domu i pół godziny ładowania akumulatora zapasowego, kable, pali.

Znów prawie pół godziny spóźnienia, a miałem nadzieję być dzisiaj wcześniej. Na szczęście z powodu pogody pacjentów mało. Nie szemrają. Uff… ale na pierwszą herbatę przyjdzie poczekać.

Wizyta domowa w samo południe. Odleżyna jak pięść. Sympatyczna, zatroskana o matkę rodzina; na progu dostojnie przechadzają się dwie kury. Uliczka wąziutka i ślepa. Cento z biedą zawraca. W drodze powrotnej doktór kupuje w Biedronce chleb na swe drugie śniadanie (znów się gdzieś zapodział), a do tego ceramiczną patelnię i plandekę na wyprawy rowerowe – położyć, najechać, przerzucić przez rower i położyć się obok niego).

Wieczorem szkolenie o zakażeniach układu moczowego, jutro rano prace na matkowiźnie.

Wybiła godzina fajrantu. Jeszcze herbata i do domu. Po drodze znów zatankować gaz. Szybko leci ten czas…i kilometry.

 

blog

Doktór będzie zasuwać

… tylko musi sprawdzić, jaki jest rozmiar potrzebnego klucza. Awaria wodociągowa na matkowiźnie, a skoro już trzeba rozgrzebać instalację, to warto wymienić główny zawór. Był dobry, ale jakieś mądre ludzie wymieniły go na kulowy, a ten od czasu zamarznięcia w nim wody przestał być szczelny. No i trzeba zamknąć zasuwę pod chodnikiem, aby do rzeczonego zaworu się dobrać.

Doktór wodę woził autem, srał w krzakach lub supermarketach. Od przedwczoraj sukces: wodę można czerpać w piwnicy. Mróz rozerwał instalację za zaworem, który doktór dodatkowo zamontował na głównej rurze, by mieć awaryjny punkt czerpania wody podczas dłuższych napraw.

Podczas wielkich mrozów doktór zostawił odkręcony kran i cieknącą spłuczkę. Nie zamarzło. Ale… za wcześnie zamknął kurki, gdy się ociepliło. Dom był tak wyziębiony, że zaraz zamarzło i w paru miejscach rury pękły. W weekend doktór je poskleja, bo pogody na vandry raczej nie będzie.

Doktór dziś zasuwał też w robocie – i to nieźle. Ta kupa chorobopisów na biurku, wrrrr…. Plus, oczywiście, pacjenci ze swymi papierami w garści. Ale – wybiła godzina 17 i doktór ma wyczyszczone biurko i poczekalnię. Godzinę przed fajrantem!

Jakiś polecony do rąk własnych doktora ominął, cóż to mogło być?!? Pewnie nic dobrego. Nie wiedzieć kiedy, minęło 14 dni i ssyn nadawca będzie pismo uważać za doręczone.

Gołębie nie usiądą już na drugim parapecie. Doktór rano nakleił kolce. Droga trochę inwestycja, ale trudno. Deska naszpikowana gwoździami wg Dany byłaby dla ptaków niebezpieczna. A doktór nie chce zabijać szczurów, nawet tych latających. Jak kiedyś ZSRR: niech sobie żyją, byle nie naszym kosztem.

blog

10 lat blogowania

Niewiele brakowało, a mogłem przeoczyć. 10 lat temu, 11 marca 2007, napisałem pierwszą notkę na tym blogu, pierwszym w moim życiu.

Trudno jest przewidywać przyszłość. Przed 10 laty nie przypuszczałem, jak bardzo zmieni się moje życie. Ech…

Utraciłem obydwoje rodziców. Znalazłem partnerkę na resztę życia. Mamy uroczą córeczkę, Ewunię.

To, co było moją największą radością w poprzednim okresie życia (chciałem napisać: w poprzednim życiu…), leży odłogiem, a ja usiłuję mieć nadzieję, że kiedyś wróci, choć w okrojonej formie. To było kolekcjonowanie zabytków elektroniki i wyprawy rowerowe.

W ostatnich miesiącach opuściłem się bardzo w blogowaniu. Tak, zabolał mnie jeden z komentarzy. Ale i tak od paru lat już nie było codziennych wpisów. Danie, mojej towarzyszce życia, nie podobało się, że piszę blog. A skoro go odkryła, nie mogłem szczerze pisać o naszym związku – jak by nie było, jednej z najważniejszych spraw w moim życiu.

Przez kilka trudnych lat nasz związek dojrzał, oboje wiele zrozumieliśmy. Banalne, ale największą radością jest dla nas nasza Ewunia. W styczniu skończyła 5 lat i jest, niestety, uzależniona od internetu. Na razie to tylko bajeczki na Youtubie. Taki nieoczekiwany finał miało potanienie internetu mobilnego, z którego korzystamy. Poprzednio Dana miała zakaz korzystania z tego megabajtożernego serwisu, a dziecię nasze oglądało bajeczki z DVD, z czasem też z dysku, na który tata w pracy ściągał przez wi-fi odpowiednie filmy.

Okno kuchenne wypucowane, spryskiwacz Centa nadal czeka na lepszą pogodę (i dawcę organów); miałem jechać na matkowiznę, ale obiecałem Danie przymocować obwisłe zderzaki naszego kombi, by nie straszyło swym wyglądem. Dziś (tzn. wczoraj) były ćwiczenia policji na granicy, a ona na domiar złego znów nie miała dowodu rejestracyjnego. Na szczęście policja była zamierzona na kontrolę osób i sprawa skończyła się polubownie. Ewunia jechała do okulistki, na rok dostanie okulary na swojego zeza.

Zacina się klawisz A. Klawiaturo, nie opuszczaj mnie! Pamiętasz lepsze czasy, a znalazłem cię na słowackiej Orawie przy drodze, którą kiedyś jeździłem na rowerze.

Gwoli wyjaśnienia: w domu piszę na klawiaturze o czeskim układzie. Jak widać, polskie znaki są w zasięgu ręki. Ta klawiatura ma opisy do układu czeskiego i słowackiego. Polska klawiatura nie umożliwia łatwego pisania w tych językach.

blog

doktór wypowiada wojnę

Najpierw gołębiom. Dość gruchania na kuchennym oknie i gówien na parapecie (wewnętrznym!). Wyjęliśmy rano z zawiasów kuchenne okno, nie myte od czasu, kiedy tu mieszkamy (a może i od wybudowania bloku w r. 1974…). Zostało wyszorowane i zabezpieczone siatką, guano drapaliśmy szpachlą.

Ledwo włożyłem okno na zawiasy, już miałem być w przychodni. Szybki obiad w wykonaniu Dany i wspólna jazda do przychodni. Ja w objęcia pacjentów, Dana do lumpeksu. Złowiła kilka kurtek dziecięcych na niedzielną giełdę artykułów dla maluchów.

W taki deszcz tylu pacjentów? Nie ma reguł, nawet pielęgniarki o stażu wielokrotnie większym od mojego bywają permanentnie zaskoczone. Jak zwykle, pod koniec szychty jakimś cudem napisałem zamówione recepty, została tylko wizyta domowa.

Pańswo B. Starsi małżonkowie, ładne mieszkanie. Kiedy po raz pierwszy u nich byłem – na prośbę córki – sytuacja była dramatyczna. Bród, smród, pijak w gościnie. Potem nastąpił cud: córka z zięciem wysprzątali cały gnój, doprowadzili rodziców do ładu. Byłem dobrej myśli: Dziś szok: smród, huczy telewizor, pan gada trochę od rzeczy, pani ma świerzba. Zanim napisałem receptę na maść siarkową, do mieszkania wkroczył zaniedbany typek, niosąc zaopatrzenie. Niewiele się przejął obecnością doktora.

W Auchan drapię się w potylicę, swędzi i nie chce przestać. Wstąpiłem po pieczywo i pinezki, bo prawie wszystkie zużyłem na przymocowanie siatki przeciw ptakom. Kupiłem, jak zawsze, kilka nieplanowanych artykułów: halogen na rower, rękawice do auta, wiertło widiowe. Zatankowałem też benzynę, bo oba nasze auta długo kapryszą, zanim porządnie się rozjadą na gazie.

W domu: Dana drzemie, od kilku dni nie brała leków na ciśnienie i depkę. Ewa klika na kolejne bajki na Youtubie, chomik wyjątkowo nie gryzie klatki. Kiedy ona wreszcie nadejdzie?! Ta większa, bo biedak nie ma gdzie pobiegać.

Jutro zmiana popołudniowa. Może wreszcie naprawię spryskiwacz w Cento? Podobno trzeba zdjąć nadkole… Złoty Polonez! I on wymaga naprawy. I weterańskie papiery trzeba mu wyrobić, by nie płacić haraczy mafii ubezpieczeniowej.

Czy wreszcie trafi się luźniejszy dzień w przychodni? Uporządkować ulotki o lekach, oswoić mały tablet. Za dawnych dobrych czasów wszystko robiło się na dyżurach.

Porządki w mieszkaniu! Muszą nabrać tempa. Najgorzej jest u Ewy, cała podłoga zasłana zabawkami. Trzeba dawać dziecku dobry przykład. Jak kiedyś w IKEi zobaczyła zlewozmywak w dziecięcej kuchni, od razu zawaliła go naczyniami…

blog

Doktór na dywaniku

W robocie jak na złość od rana praca, chyba słoneczko powyciągało pacjentów na spacer. A właśnie od paru dni był dawno oczekiwany spokój, nawet w poniedziałek. Trudno.

Szefowa prosiła, aby pan doktor przyszedł do niej, jak będzie miał wolną chwilę.

Powiało grozą. Doktór myśli i myśli, o co to może chodzić. Był w ostatnich tygodniach wcale robotny i grzeczny, z małymi wyjątkami (kto przy zdrowych zmysłach odrywa drapieżnika od miski?). Doktór nic nie wymyślił, napisał połowę zamówionych recept i zdobył się na odwagę, by pójść we wskazane miejsce.

Szefową zastał z papierosem w jednej ręce i smartfonem w drugiej. Mowa była o czyimś nieoczekiwanym zgonie.

Aha, pewnie mam iść do tego zgonu – pomyślał doktór.

Okazało się, że nic z tych rzeczy.

Doktór dostanie podwyżkę!

blog

ale dmucha

… mało okien nie wyrwie, a doktór pisze kąśliwe wpisy na doktorskim forum, trochę se też zabloguje.

Krzyże bolą, gardło z lekka. Biwaku nie było. Nawet stawiania namiotu, bo wiało. Chcieliśmy go postawić na łączce pod lasem, bo to nowy nabytek, sporych rozmiarów. Warto tę czynność przećwiczyć w spokoju. Przedsionek ma taki, że może w nim dumnie stanąć wyprężony (i to cały) człowiek.

Jutro (tzn. dziś): albo wyprawa do lasu na inaugurację sezonu (czyli ognisko z kiełbaską, uwaga na leśniczego), albo porządki na  matkowiźnie

Grób pra- i prapradziadków opłacony, teraz w kolejce chyba blacharz, bo kombi pójdzie do przeglądu. A co się kryje w liście poleconym, który doktór ma na poczcie? Mafia lekarska to nie będzie, zaległy haracz już dostała.

Klawiatura nawala. Może pomoże czyszczenie. Staruszka, DOS jeszcze pamięta. Ulubiona. Doktór se ostatnio przechodzonego smartfona kupił, chyba po to, by cenił normalne klawiatury. Jest nawet fajny, dokóki się nie rozładuje może robić za mapę i to dokładną, do tego z GPS-em, za to bez konieczności dostępu do netu.

Kto potrzebuje, niech sobie ściągnie darmową apkę, a do niej mapy na www.mapy.cz. Interfejs po angielskiemu, chyba że mamy ustawiony język czeski lub słowacki, wtedy po czesku. Na kartę 32 GB wchodzi cała Europa, bez Turcji, a Rosji niestety brak. Yandex.ru, zdaje się, pomaga na tę bolączkę.

Doktór się posiłkuje tymi mapami też na wizytach domowych, bo są numery domów. Od razu, wszystkie, po powiększeniu skali. Lepsze od map Google.

Film o papieżycy ściągnięty, to jeszcze tylko herbata i spać. 

blog

wiecznie spóźniony

Codziennie. Od rana. Od zawsze. Doktór już tak ma.

Obudziłem się o przyzwoitej porze, ale zachciało mi się jeszcze trochę zdrzemnąć, by nabrać sił do dokończenia porządków w pokoju. Wiadomo, z jakim skutkiem. Bez śniadania pędziłem do samochodu, który jak na złość nie chciał zapalić na gazie. No trudno, noc bezchmurna, to wymarzł. Ciekawe, poprzedni zapalał bez trudu w każdych warunkach. Niestety, raz się zapalił trochę za bardzo. Chyba ktoś mu pomógł…

Gazeta i sok pomarańczowy w Biedronce, potem gaz! do dechy. I jakiś on lepszy, 120 nawet pod górkę (legalnie, ekspresówka). Czyżby silnik tak dziękował, że znów ma mierzalny poziom oleju?

Parking nie jest przepełniony. Ani ten dla pacjentów. W poczekalni też normalka, bo doktór się spóźnił tylko pół godziny, jak zwykle. Spóźniać się punktualnie, to też jest sztuka.

Pierwsza jest przedstawicielka farmaceutyczna i unasiennia doktora niezapominajkami. Oni są wogle (tak doktór mawiał jako dziacko) fajni, kilka dni temu dali walizkę na kółkach, to ją doktór dał swej połowicy, ze słowami, że się przyda na drogę do Pilzna (czyli „do baby”, jak mawia Ewunia), ewentualnie z powrotem.

Słońce zaszło. Doktór czeka z utęsknieniem na czas letni. Ale już teraz, w weekend, planujemy biwak w przyrodzie. Trochę skrócony, bo w niedzielę po południu Ewunia jest zaproszona na przyjęcie urodzinowe koleżanki z przedszkola.

Pierwszy dzień, że se człowiek może w robocie po ludzku blogować. Pacjenci załatwieni, wizyt domowych nie ma. Tak powinno być zawsze. Za dużo ludzi – to niezdrowo, nawet jak się nie jest ludożercą.

Dana chce iść do pracy.  Żeby się dostać między ludzi.  A doktór zawsze myślał, że tzw. praca jest smutną koniecznością, by zdobyć środki na życie. No, ale doktór też chodził do pracy, by odpocząć. Póki się dało.

Pacjenci, pacjenci… Gdyby ich nie łaziło tyle, możnaby się zająć rzeczywistym leczeniem, zanim doktór do reszty zdurnieje, pisząc recepty i skierowania. Ostatnio udało się zdiagnozować dwa zagadkowe przypadki. Jeden z nich dotyczył tego pacjenta, co nagle zmarł za kierownicą. O niego się nie bałem. Cóż, nikt nie zna dnia ani godziny. Nie chorował na serce. Przynajmniej nic o tym nie świadczyło. Jako kierowca zawodowy na pewno miał szczegółowe badania.

Drugi pacjent ma wprawdzie trochę inną chorobę, niż podejrzewałem, ale w samą porę skierowałem go do szpiatala. Dobrze już wygląda i czeka na wizytę u specjalisty. Taka mała satysfakcja dla doktora, że jednak czasem coś sensownego się uda zrobić, skoro już trzeba do tej roboty jeźdzć, ryzykując mandaty.

Doktór powinien się zająć też swoim zdrowiem. Temat coraz szerszy i może na swój sposób intrygujący.

Jak na razie, dał doktór leki sąsiadce, poprawiając kardiologa. Doktór ma wrażenie, że kardiolodzy są na czele tych specjalistów, do których ludzie chodzą namiętnie, a przy tym bez potrzeby. Jest w dobrym tonie leczyć się u kardiologa. Odwrotnie, niż u psychiatry, a tam właśnie nie dociera wielu, którzy by tego potrzebowali.

Za 10 minut fajrant. Doktór się będzie pakować.

Idźcie sobie z tym waszym nowym bloksem. To już naprawdę nie można niczego zmienić, a przy tym nie spierdolić?