O słowa, słowa, słowa duszy,
po cóżem tyle was rozrzucił?
By lada czop je obwąchiwał?
Aby je lada kołek nucił?
Koniec cytatu; dobrze się mi zdawało – to Tetmajer. Wujek Gógiel wie wszystko.
A vo-co-go? Nieraz już doktór w swym życiu żałował, że się wyszczerzył w nieodpowiednim miejscu lub/i czasie.
A co z tymi urlopami?
Przez całe lato niektórzy pacjenci (i większość przedstawicieli farmaceutycznych) zadawali uprzejme pytanie „czy pan doktor był już na urlopie”. Odpowiedź niezmiennie brzmiała, że na jednym/dwu już był, ale jeszcze sobie coś zostawia na jesień.
Maj: cyklowandr na miarę skromnych sił i możliwości. Ech, gdzie te czasy, jak się pruło przez Europę… Może jeszcze kiedyś. Doktór na wszelki wypadek wypróbował spanie w deszczu bez namiotu.
Czerwiec, w porywach do lipca: samochodem jak szarża ułańska wzdłuż Wisły do Gdańska. Wszystkim się podobało, a doktór zawsze się budził, zanim w drodze powrotnej wjechał do rowu.
Wrzesień – falstart. Jak niepyszni w strugach deszczu wróciliśmy ze Słowacji autem dymiącym jak parowóz. Opaska z węża spadła. Na szczęście silnik przeżył do czasu zdiagnozowania i naprawienia usterki.
… coś jeszcze zostało (z urlopu). Będzie pogoda?
A, fotkę trzeba w końcu posłać. Niech pewien tata ma radość, ładnie wyszła, w Krynicy Morskiej.