Dyżurowa noc (po raz pierwszy w gabinecie, obok EKG) upłynęła gładko. Lodówka trochę hałasowała, ale przecież Dana też chrapie. I to nawet wtedy, kiedy do namiotu podchodzi dzik…
Rano krótka rozmowa z Tadeuszem. Obyło się bez ofiar w ludziach.
Bo nie czas na rękoczyny. Pod przychodnią już stoi srebrny Merc. Przyjechali po eksperta. Mnie znaczy. Jedziemy.
Merc zostaje przed garażem. W nim stoi coś lepszego: Fiat Multipla. Nie, nie to straszydło, prawdziwa Multipla, minivan na bazie Fiata 600. Na razie goły szkielet, pomalowany wg wzoru oryginału. A ja mam obejrzeć stare radio samochodowe, kupione do niego.
Czy podejmie się pan jego uruchomienia?
Może jesienią, teraz nie mam czasu…
Rozmówca jest ukontentowany. Na koniec namawia mnie do podłączenia swego Autovoxa – takiej marki jest radio. No, korciło mnie… Ale na krześle, bez amperomierza, bezpiecznika, wprost do aku od skutera… To jak noc poślubna na przystanku autobusowym.
Narzeczona obiecująco szumi. I iskrzy, bo masę ma na dotyk. Właściciel jest wniebowzięty. W sumie nie jest źle, w dzień na falach średnich trudno coś złapać na kawałek drutu. Radio robi wrażenie sprawnego. Innego zakresu nie ma.
Po co ma mnie pan odwozić do domu? Czy ja jestem jakim VIP-em?
Tak, dla mnie jest pan VIP-em.
Chyba rzeczywiście. Nawet błotniki do Škody chce mi załatwić. Dla Dany…