… leży sobie tata od wczorajszego wieczora. Wlałem w niego za 24 godziny 10 flaszek, czyli 5 litrów. Ledwo się wkłułem do żyły* (no zgoda, nie jestem w tym mistrzem, ale nie było łatwo przy takim odwodnieniu). Wiem, trzeba było wcześniej, ale dopóki pił płyny, wydawało mi się, że jakoś dogonimy bilans wodny. Niestety, miękkie podejście Dany skutkowało tym, że podczas moich nielicznych dyżurów w przychodni nie pił prawie nic.
*) myślicie, że uczyli tego na studiach?
Jedenasta kroplówka kapie już wolniej, po kropelce, bo zauważyłem pierwsze obrzęki. Tata się osotał i zamówił na rano kiełbaskę. Cały dzień podsypiał po leku, który poprzedniej nocy dostał przeciw czkawce.
W poniedziałek jadę na klinikę z jego papierami. Muszę się do tego wystąpienia przygotować jak do egzaminu, jak do konferencji naukowej. Będę miał swoje pięć minut. Za pięć dwunasta. To znaczy o ósmej nad ranem, brrr…
Mama była dziś u hematologa w Katowicach, autobusem, z przyjaciółką. Nie mogłem jej zawieźć, bo tata był pod kroplówką. Wieści od hematologa nie są dobre. Zespół mielodysplastyczny, zagrożenie ostrą białaczką.
Boli mnie brzuch, ale tak w ogóle to się zmniejsza. Udało mi się powrócić do 89 kg. Ech, gdyby tak jeszcze wrócić do roku 89… Albo lepiej nie. Jeszcze raz przeżywać umieranie swych nadziei i ideałów?