Prawdziwa pisanka
Tuż przed świętami wpadł do mnie znajomy z Warszawy. Pogoda wiosenna, idziemy na spacer. Pokazuję mu dawne austriackie koszary, pomnik Mieszka I (naturalnie, wymieniam poprzednich patronów – Franciszka Józefa i PPR), przenicowaną Wenecję i zieloną Studnię Trzech Braci. Na wzgórzu zamkowym nieźle wieje, więc krótko tylko podziwiamy panoramę Beskidów. Przerzedzony park przywołuje skojarzenia z osiedlowym skwerem. Warszawiakowi bardzo się jednak podoba nutka austriackości, jaką odnajduje w tej części Polski.
Przez Głęboką i rynek dochodzimy do muzeum, gdzie właśnie trwa kiermasz wielkanocny. Wpadają nam w oko ładne pisanki. Tradycyjny wzór, ręczna praca, jedynie wkomponowany adres internetowy miasta przypomina o wieku XXI. Wybieramy kolor, płacimy – i okazuje się, że kupiliśmy prawdziwe jajko. Trochę szkoda je będzie rozbić, ale cóż: podzielimy się nim z bliskimi, jak każe stary zwyczaj.
Dla „Dziennika Zachodniego“, 30 III 2010