… ale nie leży w łóżeczku. Do dyspozycji ma tylko kozetkę w swej dyżurce.
Ech, nie było jak w Czechach, z Daną. W pakamerze jej taty, pod lasem. W zacisznym kącie stało prawdziwe, przytulne łoże małżeńskie. Kołdry były raczej jednoosobowe i niekompatybilne formatem z naszymi ciałami. Ale nie tam złapaliśmy przeziębienie, choć noce były bardzo zimne. A herbatę gotować trzeba było na piecyku, opalanym patykami z pobliskiego lasu. Jak się w nim napaliło, można było w jego pobliżu tańcować, zanim udaliśmy się do naszego wspaniałego łoża. Do rana piecyk był zimny, więc nikomu za bardzo nie chciało się z łóżka wychodzić.
Ale chcemy jeszcze przed zimą wrócić do tej zapadłej wioski w zachodnich Czechach. Tak zapadłej, że w weekendy nie jeździ tam żaden autobus.
Najpierw może jednak pojedziemy do Ewy. Leży w szpitalu. To już chyba jej ostatnie tygodnie.
dana napisał(a): je mi to moc líto [żal], škoda, že jsem jí nepoznala dříve [wcześniej]
taková fajn baba
Ewuniu… nie odchodź… Tak nam było z Tobą dobrze…