blog

pan doktór jest chory

… ale nie leży w łóżeczku. Do dyspozycji ma tylko kozetkę w swej dyżurce.

Ech, nie było jak w Czechach, z Daną. W pakamerze jej taty, pod lasem. W zacisznym kącie stało prawdziwe, przytulne łoże małżeńskie. Kołdry były raczej jednoosobowe i niekompatybilne formatem z naszymi ciałami. Ale nie tam złapaliśmy przeziębienie, choć noce były bardzo zimne. A herbatę gotować trzeba było na piecyku, opalanym patykami z pobliskiego lasu. Jak się w nim napaliło, można było w jego pobliżu  tańcować,  zanim udaliśmy się do naszego wspaniałego łoża. Do rana piecyk był zimny, więc nikomu za bardzo nie chciało się z łóżka wychodzić.

Ale chcemy jeszcze przed zimą wrócić do tej zapadłej wioski w zachodnich Czechach. Tak zapadłej, że w weekendy nie jeździ tam żaden autobus.

Najpierw może jednak pojedziemy do Ewy. Leży w szpitalu. To już chyba jej ostatnie tygodnie. 

dana napisał(a): je mi to moc líto [żal], škoda, že jsem jí nepoznala dříve [wcześniej]
taková fajn baba 

Ewuniu… nie odchodź… Tak nam było z Tobą dobrze…

blog

nad grobem

Wczoraj wieczorem zaszliśmy na cmentarz. Grób dziadków był już przygotowany na pogrzeb taty.

W milczeniu spoglądaliśmy na spiętrzoną wokół grobu glinę. Deska na dnie wykopu pewnie kryje pod sobą kości dziadka.

Cisza wiejskiego cmentarza z górami w tle, chłód jesiennego zmierzchu i ciepła twarz Dany. Zanuciłem jej piosenkę Bogusława Meca  nie biegnij tak bez wytchnienia, na końcu jest tylko ziemia

blog

jedno wesele i pogrzeb

Nie miałem pojęcia, ile formalności trzeba załatwić, by pochować zmarłego. Również tych kościelnych. Tata formalnie należał do parafii w miejscu stałego zameldowania, ale chciał być pochowany w swej rodzinnej wsi, gdzie spędzał większość roku. Musiałem uzyskać zezwolenie z tej pierwszej parafii.

Czekając (wręcz czyhając) na księdza, weszliśmy do kościoła. Akurat był ślub. Kiedy młoda para przysięgała sobie wierność i uczciwość małżeńską  i że się nie opuszczą aż do śmierci, pocałowałem Danę w usta. Świadkiem nam był Polski Fiat 125p, czekający na nowożeńców.

Pogrzeb taty będzie w czwartek. Jutro, tzn. dziś, chcemy pojechać na małą wycieczkę.

Po pogrzebie pojedziemy do mojej ukochanej kuzynki Ewy. Od miesięcy cieszyliśmy się na tę podróż. Ewa jest cudowna. Jedyny kawałek mojej rodziny po kądzieli, który można bez ostrzeżenia pokazywać ludziom. Musimy się pospieszyć. Nie wiedzieliśmy, że i ona zachoruje na raka.

Za dużo tego. Do łóżka, rano na dworzec. Vlárská dráha czeka… Tatusiu, tak lubiłeś podróżować…

blog

godzina wilka

Obudziłem się nagle o piątej, zbudził mnie dziwny sen. Słyszałem w nim słowa  stav pacienta je velice vážný.  W półśnie opowiedziałem Danie ten sen. Długo mnie tuliła. Czułem, że chciałbym jechać do szpitala za tatą.  Nagle spytałem Danę, o której godzinie się urodziła. Godzina wilka – to z filmu – nad ranem, nim wstanie dzień, wtedy ludzie rodzą się i umierają – powiedziałem, co mi nagle przyszło na myśl.

Poszliśmy do kuchni na herbatę. Kiedy ponownie zasypialiśmy, poczułem, że niepokój, który wypełniał mnie od wczorajszego wieczora, odpływa gdzieś w dal, a w jego miejsce pojawił się smutek.

Koło siódmej zadzwoniła lekarka ze szpitala. Tata zmarł podobno o szóstej.

blog

nieśmiała nadzieja

Tata kilka dni po poprzedniej notce znów wylądował w szpitalu. Stan był dość ciężki, ale szybko się poprawiał. Pomogły mu kroplówki, które dostawał już w domu, ale chyba jeszcze bardziej – odetkanie cewki moczowej. Prawdopodobnie blokował ją oderwany kawałek guza z pęcherza. Kreatynina z prawie 8 mg/dl spadła do nieco ponad 2 (u zdrowego nie powinna przekraczać 1,2, ale poprzednio ordynator uznał, że poniżej 5 już nie zejdzie bez nowej nefrostomii).

Od prawie tygodnia tata jest w domu, znów siada na łóżku, odzyskuje apetyt i chęć do życia.

W tej chwili jest przy nim Dana, ja mam dyżur w przychodni. 

W najbliższych dniach muszę się wreszcie chwycić naprawy rozrusznika we Fieście.

blog

wszyscy dokoła chorują

Mam nadzieję, że noc będzie spokojna, wczoraj mieliśmy wyjazd do pani, która zażywa leki regulujące ciśnienie tylko w razie jego wzrostu… Ale podziwiam formę – 86-letnia pacjentka z głowy podała swój PESEL…

Tata miał iść do domu w poniedziałek, ale dziś dowiaduję się, że wyrwał sobie (niechcący) dren z nerki i nie ma już ochoty na ponowny zabieg. Nie jest drażliwy jak ostatnio, więc pewnie nareszcie spadł mu poziom mocznika. I znów ma wpaść w mocznicę?

W środę byłem z mamą w poradni hematologicznej w Katowicach. Nie jest dobrze, pobrali szpik i kazali przyjechać za tydzień. I jeszcze do tego czasu zrobić badania krwi, u nich na miejscu. Mam tygodniowy maraton dyżurowy, więc musiałem poprosić o pomoc przyjaciół.

Dana jest w Czechach. Wreszcie zajęła się swoim zdrowiem. Po raz pierwszy ma normalne ciśnienie, ale czuje się słabo. Okazuje się, że podejrzewają u niej zwężenie tętnicy nerkowej – tak jak przypuszczałem.

Doktór jest w trakcie leczenia swoich zębów. Na kasę zdrowych, czyli swoją własną.

… a, kiedy wreszcie dadzą kopertę za maj? 

blog

zatruwanie

Rano wymiana kół w Polonezie na letnie (póki do następnej zimy daleko). Potem do dentystki, po drodze, na poczcie – odbezpieczenie  mojego ukochanego Kombi, lata ma i wreszcie też orzeczenie o zabytkowości. Oj, powietrze mu ucieka… trzeba kupić pompkę, ale nie w Biedronce, ta nie napompowała Poloneza, akurat miała mieć swoją premierę.

Dentystka za friko to mi może zęba tylko wyrwać. Tego, co dziś truła. Gdybym wiedział, że za znieczulenie weźmie 20 złociszów, wolałbym cierpieć. A, kasy fiskalnej pani doktorka nima. Albo nie używa.

Zabieg u taty odłożony. On sam – zjeżony, wściekły na wszystko; chyba wynik mocznicy.  Więźniom w Oświęcimiu dawali lepsze żarcie.  W sukurs przybywa Urszula, odwiezie tatę z bufetu z powrotem na odddział. Bo ja muszę pędzić do roboty.

W rzęsistym deszczu idę do Poloneza, stoi daleko, bo przecie szpitala sponsorować nie będę.

Dyżur w przychodni, dopiero wieczorem rozpakowuję przesyłkę. Stary album o Żylinie. Ach, ludzie na ulicach, autobusy Škoda RTO (czechosłowacki oryginał licencyjnego Jelcza „ogórka”).

Rozmowa z Daną na Skype. Ech, życie nie jest łatwe. 

blog

spacer w słońcu

Dana rozpromieniła się, wychodząc od lekarza specjalisty. Do mojego dyżuru zostało ładnych parę godzin, więc postanowiliśmy wyskoczyć na zakupy do komisu w Hawierzowie na Zaolziu.

Po wyjściu z autobusu szliśmy, trzymając się za ręce, szerokimi alejami tego socjalistycznego miasta. Wokół nas – kwitnące drzewa, skąpane w słońcu. Dana nie mogła sobie przypomnieć, gdzie znajduje się komis, który kiedyś odkryła, więc przeszliśmy całe miasto na przełaj.

Okazało się, że komis, który znam ja, to nie ten sam. W końcu znaleźliśmy i ten drugi. Dana wyszukała w nim śliczną porcelanę, ale nie mieliśmy tyle pieniędzy. Ostatecznie zamiast deski do prasowania kupiliśmy (pół)wiekowy rower*) i pospieszyliśmy na stację.

*) Favorit, jeszcze z dźwigniową przerzutką przednią 

Na ostatniej platformie ekspresu, jadącego na Słowację, popijaliśmy wodę mineralną, a konduktor, który nas strofował na peronie, zachwycał się naszym nabytkiem i podarował nam opłatę bagażową.

Tego dnia cały świat się do nas uśmiechał, a my do niego. I do siebie.

Niech tak zostanie. 

blog

słońce i chmury

Taki był dzisiejszy dzień – dosłownie i w przenośni.

Mieliśmy z Daną iść na krótki  vandr,  ale rozbolała ją noga. Po obiedzie wyskoczyliśmy z tatą na krótką przejażdżkę autem – najpierw na widokowy pagórek za miastem, potem do marketu.

Weszliśmy i do sklepu zoologicznego – co gdyby kupić tacie kanarka, żeby mu nie było smutno, kiedy zostaje sam? Bo to ptaszek i miły, i niekłopotliwy w „obsłudze”. No, zastanowimy się.

Tata jest znów jakiś słaby. Mama ma zapalenie płuc, dałem jej antybiotyk.

Może jutro wyskoczymy z Daną do przyrody.

W poniedziałek kolejny  dyżur. 

blog

rozstanie?

Dana powiedziała, że ma już dość  tego wszystkiego:  narzekań taty i pracy przy nim, moich humorów…

Tacie musiałem po raz drugi zmienić cewnik. Pościel suszy się na balkonie.

Danę, na jej zdecydowaną prośbę, odwiozłem na dworzec. Zamiast do kasy biletowej, poszliśmy na piwo.

Jakżeś niestała w niekochaniu –  zanuciłem piosenkę Seweryna Krajewskiego*)… 

*) słowa Agnieszki Osieckiej