Dzisiaj nie było pacjentów, mimo to jestem zmęczony. Wstałem z bolącym gardłem, ogólnie rozbity. Sypiam na dmuchanym materacu na kafelkach w nieogrzewanym pomieszczeniu. No dobrze, w lesie też się sypia… Ale wtedy jest odpowiedni ekwipunek i nie ma stressu.
Wyskoczyłem do taty. On nie w sosie, że do kuchni przyjdzie jak ja skończę pić herbatę. Bo nie chce mi przeszkadzać.
Po powrocie stwierdzam, że auto nie ma powietrza w prawym przednim kole. Musiało ujść pod sam koniec, nic nie czułem. Jak grata podniosę, skoro podłoga się rozpada?
I zaraz Szef dzwoni, pyta, czy już wróciłem. Tadeusz nieraz się szlajał podczas swych dyżurów chw gdzie i nikomu to nie wadziło.
Jutro mam zadzwonić do hematologa, spytać co wyszło ze szkiełek z rozmazem maminej krwi. Ale zgubiłem numer…
We wtorek chciałbym pogadać na ortopedii o leczeniu taty. Czy zdołam się urwać? Czy wystarczy mi sił? Bo najłatwiej nic nie robić… Ale przecież ktoś musi tacie pomóc. Rodzinni funkcjonariusze ruchu hospicyjnego specjalnie się nie kwapią…