Wczoraj Ewa nie dała wyraźnego znaku, że odbiera naszą obecność. Zmęczeni podróżą i szukaniem po zmroku szpitala, zanocowaliśmy u Ewy – w domu, do którego już nie wróci…
Dziś rano, przed odjazdem, postanowiliśmy jeszcze raz zaglądnąć do niej – na oddział paliatywny.
Nagle wypowiedziała moje imię. Tak bardzo cię potrzebuję… ratuj mnie…
Po chwili przyszła pielęgniarka z zastrzykiem morfiny. Ewa znów powoli zaczęła odpływać w swój świat.
Do roboty spóźniłem się godzinę. Tę godzinę, którą spędziłem przy łóżku Ewy. Mimo, że potem jechałem dość dziko, starając się nadrobić czas. Dwa razy ryzykownie wyprzedzałem. Żeby być u celu może dwie minuty wcześniej?
Poczekalna pełna pacjentów, nie wypada parzyć herbaty, choć sucho w ustach. Mężczyzna w średnim wieku, na chwilę przyjechał z Hiszpanii, gdzie pracuje. Zastał matkę ciężko chorą. Rak, przerzuty, wodobrzusze. Tak nagle, najpierw były zaparcia, to pani doktor poleciła otręby… Kilka miesięcy chudła, potem szpital – i diagnoza.
Czy pana mama wie, że jest śmiertelnie chora?
Nie.
Będzie miał trudne zadanie.