blog

zepsute EKG

Wczoraj wieczorem – telefon od pacjentki. Bóle w klatce piersiowej. Pani Wanda, dobrze ją znam. Nie jest histeryczką. Przed wyjazdem upewniam się, że mamy EKG.

Trochę błądzimy, bo kierowca nowy, a ja też nie pamiętam, który to budynek, numerów nie widać, a stary akumulator w mojej prywatnej latarce jest już słaby. Służbowej oczywiście nie mam.

Znaleźliśmy w końcu dom, po zbadaniu pacjentki dochodzę do wniosku, że to raczej napadowe migotanie przedsionków. Zrobimy jeszcze EKG…

… aparat nie daje oznak życia. Nie jesteśmy daleko od przychodni, jeden z nas idzie na piechotę po inny aparat. Wraca z wieścią, że ten nasz jest sprawny, ale musi być stale podłączony do sieci, bo wyjęto z niego akumulatory. Jak się spodziewałem, nic to nie daje: od razu zwrócił moją uwagę wyłącznik, który nie zaskakiwał w żadnym położeniu.

Zabieramy pacjentkę do przychodni. Zapis EKG potwierdza moje rozpoznanie, jedziemy do szpitala.

Lekarz izby przyjęć ma muchy w nosie, wyrzuca nas za kotarę: na drugi raz pamiętajcie, że tam jest strefa przekazania pacjenta.  Tak, tak, pamiętam cię, kolego, zawsze pożyczasz długopisy i ich nie oddajesz.

Skoro nas wyrzucił, nie czekamy na decyzję o przyjęciu i jedziemy.

Nie po raz pierwszy się to stało, że jadę na wizytę, pielęgniarka zaklina się, że EKG jest sprawne, a u chorego nie chce działać. Nie wiem, dlaczego aparaty do EKG nie są pod moją opieką, jako jedyny w przychodni mam smykałkę do elektroniki…

… ale ja tu przecież tylko sprzątam.