blog

ucieczka w góry

Na pół dnia. Zmęczyć ciało, by odprężyła się dusza.

Rano byłem u mamy w szpitalu, przyniosłem kwiaty. Zrezygnowana, słaba, choć do wszystkich się uśmiecha.

Do taty się nie dodzwoniłem, ale lekarz oddziałowy powiedział, że nic się złego nie dzieje.

Po dwunastej wyrwałem się w góry, na Trawny. Telefon się po drodze rozładował… i bardzo dobrze.

blog

w samą porę

… wchodzę na blog, by wpisać się z dzisiejszą datą.

Komputer znów daje w skórę, konkretnie modem czy jego program. Od czasu, kiedy próbowałem dołożyć pamięci i sprawdzić, czy BIOS rozpozna większy dysk (nie, tylko do 8,4 GB). Albo instalacja nowych programów coś popsuła? Tak, jak w medycynie, należy sobie zadać pytanie: jakie zmiany nastąpiły tuż przed powstaniem problemu? Bo to może być klucz do jego rozwiązania. Skorelowane w czasie zdarzenia mogą być w związku przyczynowym. Nie muszą, o czym nieraz zapominają laicy. Nie tylko oni…

W samą porę wyskoczyłem też na pół dnia w góry, bo jutro ma być gorsza pogoda. Odpaliłem Poloneza, zajechłem nim do Kóz. Po drodze na Hrobaczą Łąkę odkryłem urokliwe miejsce – wyrobiska dawnego kamieniołomu. Danie na pewno się spodoba, trochę przypomina jej ulubioną Amerikę koło Karlštejna – skalny kanion o podobnej genezie, kultowe miejsce czeskich trampów.

blog

doktór na Hulance

… skręcił w ulicę, prowadzącą do Kamienicy. W ten sposób pieszo dotarł do drogi, prowadzącej na Szyndzielnię. Bielsko było coraz niżej.

… a z Klimczoka taaaki widok na Tatry. Podobno je z tego szczytu widać. Dziś nie było podobno. Były jak na wyciągnięcie ręki. Tego właśnie doktór potrzebował: gór.

Wrócił po ciemku, w zejściu fotografując ze statywu sznury aut, sunące od Szczyrku. I światła Bielska pod nogami.

Ech, hulanka*). W końcu się musiało.

*) Hulanka – część Bielska-Białej, jest tam wielkie skrzyżowanie; pochodzenie nazwy?

blog

nowe zmartwienia

Wczoraj byłem na pięknej wycieczce w górach – na Klimczoku, pogoda po rozejściu się porannych mgieł była cudowna.

Dzisiaj tata markotny, znów zagorączkował. Ponury, nawet kłótliwy bywał już od paru dni. Prawie nie jadł, nie pił, nie wstawał z łóżka, kiedy mnie nie było.

Jestem na dyżurze do niedzieli rano, chyba jeszcze wieczorem skoczę do niego. Inaczej nie weźmie wieczornej dawki Furaginy, którą wreszcie zaczął zażywać…

blog

zamiana dyżurow

SMS od Tadeusza: chce zamienić dyżury, ja miałbym w środę. Niech tak będzie.

We wtorek rano do domu, jak planowałem. Czyli: dodatkowe przeglądanie aukcji, kończących się i od poniedziałkowego popołudnia do wtorkowego rana. Nie, nic nie obstawiam. Trzeba trochę odpocząć.

To może jutro w te góry?

Telefon taty nadal wyłączony. Pora jechać do niego.

blog

wietrzenie duszy

Tak można określić jeden z celów wypadu w góry.

Gorąco jak diabli, roztopioną czekoladę wylizywało się z papierka. Wypiło się 4 litry płynu.

Dusza przewietrzona, przed jej oczyma już nie wyświetlają się filmy z kałchami i pałkami bejsbolowymi, którymi właściciel duszy traktuje bliźnich.

Po drodze z dworca dzwonię do taty – dobra wiadomość: przestaje krwawić.

felietony

felieton na 2 lipca 2010

Znów na Kikuli

Co roku muszę tam pójść. Zwykle ze dwa razy. Urok tego miejsca odkryłem przypadkiem: na jednej z map zaznaczono nowy szlak. Okazało się, że jest zlikwidowany. Znaki zamalowano. Komu przeszkadzali turyści? Na pewno nie chodziły tam tłumy. Nikomu nie wadzę, żadnych zakazów nie ma. Miejscowi mnie pozdrawiają, jak każe stary zwyczaj. Mogę swą Kikulę do woli odwiedzać. Zastanawiam się tylko, czy ten sposób turystyki skazano na powolne wymarcie? Skromnych, tanich noclegów i posiłków już się nie oferuje. Na stolikach przed pewnym schroniskiem widnieje zakaz spożywania własnych wiktuałów. Namiotu prawie nigdzie nie wolno rozbić. Kursów komunikacji publicznej ubywa. Na Kikulę mogę się od biedy wybrać autem, bo wyjątkowo trasa kończy się tam, gdzie zaczyna. Marsz na prawie cały dzień. Czytelnika nurtuje pytanie: która to Kikula?

Moja. Na całej trasie nie spotkałem innego turysty.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 30 VI 2010

blog

na Kykuli

… był dziś doktór. Nie tylko, do tego ulubionego kółeczka wchodzi parę innych szczytów, ale jakoś trzeba to nazwać. A Kykuľa, by użyć słowackiej pisowni, jest jednym z najładniejszych miejsc na tej trasie.

Wspaniale było widać Małą Fatrę. Niestety również z powodu wycięcia lasów na dużych obszarach.

blog

góry w deszczu

też są ładne. Trochę skróciłem trasę, bo pociąg był spóźniony, potem dodatkowo straciłem prawie godzinę z powodu deszczu.

Gwoździem programu była i tak moja ulubiona polana z pysznym widokiem na góry: Małą Fatrę, Sulowskie Skały i jeszcze inne – tylko część udało mi się zidentyfikować. Dzięki zachmurzeniu odległe pasma górskie paradoksalnie były wyraźniej widoczne, bo normalnie spoglądam na nie pod światło, przynajmniej na zachodnią część panoramy.

Jutro rano jadę z mamą do Gliwic, na onkologię.