blog

nietypowy vandr

… przede mną. W jego połowie wpadnę na spotkanie kolekcjonerskie. Dlatego jadę autem. Maluchem.

I to jest nietypowe, bo zawsze jeździłem Kombi. Spałem w nim. Trudno, jeszcze nie jest naprawione po sierpniowym wypadku z sarną. Ale… i tak co rok mniej kupowałem na tej giełdzie. Maluch powinien wystarczyć.

Szykując go do drogi, wyładowałem wszystkie graty, zalegające na tylnym siedzeniu. Magnetofon jest tak nietypowy, że nie ma go w wielkim wirtualnym muzeum. Powinienem zaraz zrobić mu opis, ustalić przynajmniej kraj pochodzenia.

Nie teraz. Maluch ma przebitą dętkę. Trzeba pomalować obręcz, zanim pojadę do serwisu. Poprzednio pożyczyłem narzędzia od pana Mirka, naszego kierowcy, i sam zdjąłem oponę. Jeszcze przed rokiem jeździliśmy razem. Dziś ma przerzuty do kręgosłupa i jest na wózku. Głupio mi iść do niego po narzędzia, podobno nie chce, by go oglądano w takim stanie.

Też bym na jego miejscu nie chciał.

blog

meandry diagnostyki

Niewiele jest gorszych rzeczy, niż ślepe przywiązanie do swojej genialnej koncepcji diagnostycznej. Samo zjawisko jest dość typowe dla rodzaju ludzkiego, ale w diagnostyce może być niebezpieczne. Nie tylko medycznej.

Dostać się do wirnika dmuchawy w Maluchu – to łatwe tylko na obrazku. Jak budowa mózgu, dopóki go mamy na stole. Zanim dobrałem się do rzeczonej dmuchawy, poobracałem alternatorem, uprzednio dociągnąwszy nakrętki koła pasowego. No niestety, dmuchawa raczej jest w porządku, bo nic nie ociera, nie tłucze się.

Negatywny wynik jakiejś próby diagnostycznej nie musi być porażką – coś wykluczyliśmy. Tutaj trochę jest: dalej nie wiadomo, co w moim Maluchu hałasuje. I czym to grozi…

Mechanika pojazdowa ma jedną ogromną zaletę w porównaniu z medycyną. Jak czegoś nie wiemy, nie potrafimy, nie mamy – prawie zawsze mamy czas. Szczególnie, kiedy auto jest dla nas tylko dodatkowym pojazdem.

… i tu doktór nieoczekiwanie przypomniał sobie pewien grób na swoim  prywatnym cmentarzyku. Diagnoza nagle stała się oczywista, ale już nic nie można było zrobić. Ktoś wcześniej postawił inną, wydawała się równie jasna, więc doktór w nią nie wątpił. Młody jeszcze był i uznawał autorytety…

… z powrotem na podwórko. Maluszku, bądź tak dobry i nie rozleć się. Bo mamy wyjazd, wiesz? Z Daną. Nie, (na razie) nie do Danii. Ale jak ty bez trójki wyjedziesz pod tę przełęcz?

Spoko, robaczku. Obaj jesteśmy z PRL. Z grubsza ciosani, ale wytrymali. Tak szybko nas na złom nie wyślą.

blog

doktór diagnostą jest

… ale samochodowym. Ma nawet stetoskop.

W Maluchu, aby zlokalizować źródło podejrzanych stuków, posłużył się inną metodą. Zdjął pasek klinowy, po czym uruchomił silnik Malca.

No i przestało stukać. Czyli (prawie) wszystko jasne.

Proste chwyty diagnostyczne, to doktór lubi. Grzebać się w bebechach Malca – cokolwiek mniej. Zresztą pogoda akurat się kończy… no i na dyżur trzeba jechać.

Żeby fotki z vandru na pokazywarkę wrzucić, aukcje w spokoju poprzeglądać.

Nima jak dyżur. Płatny odpoczynek od życia.

blog

co stuka w Maluchu?

Tego doktór jeszcze nie wie. Zaczął w pojeździe grzebać, trochę przestawił zapłon i oto Maluch raźnie reaguje na gaz. Po prostu Formuła 1 w porównaniu z tym, co było. Nawet się doktór przejechał po mieście – BEZ PASÓW i PAPIERÓW. No i bez trójki 😉

Jak doktór grzebał się z tyłu Malca, uwagę jego zwróciły dziwne odgłosy, dobiegające z okolicy dmuchawy, jakby coś się tam nieregularnie telepało.

Co wszystko się jeszcze w tym Maluchu skićka? Taki zadbany, z niewielkim przebiegiem i jasną przeszłością, a robi więcej niespodzianek, niż doktorowe zajeżdżone Kombi…

… a może czuje, że to Kombiaczek jest do kochania, a on tylko do jeżdżenia?

Ale Maluszka doktór też lubi. Zawszeć to gaźnikowiec, bez wtrysków, wytrysków, airbagów, komputerów i innych przemądrzałości.

P.S. a jutro doktór znów do roboty jedzie. Autobusem, bo klina w rowerze nie naprawił. Zresztą ma padać, czyli trzeba przynieść paczki z ogrodu – tę od kuriera i tę, co tkwiła w Maluchu…

blog

doktór złodziejem

… dziś został.

W gazecie pisali, że spalił się w mieście maluch (przez duże M doktór pisze, gdy myśli o swoim, jedynym…), a właściciel twierdzi, że nie jego. Wrak będzie musiało usunąć miasto.

Doktór miastu trochę dziś pomógł, po tym jak przypadkiem przechodził obok i zauważył, że auto nie ma (już) tylnej maski, za to ma dobrze zachowany zespół napędowy.

Po co kupować na szrocie aparat zapłonowy? Bo on jest w Maluchu obiektem doktorowych podejrzeń. Tablica rejestracyjna też się może przydać (szkoda, że była tylko jedna). No, np. gdyby się kupiło auto bez tablic, za to sprawne.

Szkoda, że wyjęcie skrzyni biegów nie jest takie proste…

Może pogadać z Zarządem Dróg?

blog

same awarie

Rano słodko drzemałem, dokąd nie zauważyłem, że zegarek mi stoi. Trzeba się zwijać, bo będzie kompromitacja!

Czy pan doktor będzie rano przyjmował?

Jeszcze czego, dość już tego było…

Maluch zapalił, ale nie chciał ruszyć: hamulce przymarzły. W końcu puściły, kiedy już chciałem iść na autobus.

Przyjeżdżam do domu w samą porę, bo trzeba z mamą iść do chirurga. Szybko herbaty się napić i włączyć komputer, bo Dana prosiła, żebym jej coś napisał na GG, zanim wyruszy w teren – namawiać potencjalnych klientów na nowe umowy o dostawę prądu.

Komputer nie działa. Świeci się tylko dioda zasilania, dysku – nie. Ale brak też obrazu – chyba nie dysk, podejrzewam baterię…

Na przyjęcie do chirurga czekamy ponad półtorej godziny po terminie – w hałasie i przeciągu. Tylko po to, by mamę obejrzeli i… wyznaczyli rzeczywisty termin usunięcia malutkiej brodawki.

Odmrażam wodę. Okienkiem piwnicznym niespiesznie wychodzi nieznajomy czarny kot. To pewnie on wypchnął uszczelnienie…

Komputer w końcu rusza. Ma datę 28 lutego.

Rozmowa z Daną w ogóle się nie układa.

Zimno wieje z każdego kąta.

blog

kiepski finisz

Choć się wyspałem, choć nic ciężkiego nie było – jednak czuję się przybity i rozdrażniony.

Przed południem miałem staruszeczkę z nadciśnieniem. Uwielbia mnie, widzi we mnie swego dobroczyńcę. Dlaczego? Przecież nic specjalnego dla niej nie zrobiłem. Ma częste skoki ciśnienia (zaklina się, że leki zażywa regularnie), pogotowie już nie bardzo chce do niej jeździć, krzyczą na nią. Tak przynajmniej mi mówi. Córka jest zupełnie obca, wroga. Byłem tam raz na wizycie domowej i rzeczywiście odczułem niedobry nastrój, jaki tam panuje. Trochę zmieniłem leki, zapisałem ją do ginekologa – w zaufaniu wyznała mi, że ma wypadanie macicy.

Potem obniżyłem formę. Wkurzyło mnie zacinanie się internetu, a dziś wypadało przejrzeć aukcje na Allegro i Aukro, co raz w tygodniu zajmuje mi parę godzin (w domu szkoda na to czasu…). I jeszcze coś, ale nie chcę o tym pisać.

Po południu poszedłem się położyć… Oczywiście natychmiast telefon, że jest prywatna pacjentka. No k–va, płaci 70 zł, a ja za cały dzień powszedni dostaję 80. Z trudem się opanowałem. Na szczęście pacjentka nie była konfliktowa, a jej problem był dość prosty do rozwiązania. Łatwo być miłym dla pacjentów, kiedy nie jest się przepracowanym. I poniżanym.

Uprzątam pozostałości po dyżurowym maratonie. Dziś pozwoliłem sobie na niezłą wyżerkę pod pretekstem testowania tanich, obiecujących konserw z Biedronki. Jak pod koniec wędrówki, kiedy zostają zapasy prowiantu. Flaszkę koniaku schowałem. Jak się doktór zatacza i bełkoce ze znużenia, nie powinno być od niego czuć alkoholem. Niech będzie czyste urżnięcie się pracą…

Już mnie ciągnie na wędrówkę. Na razie powróciła zima, w nocy w domu woda zamarzła… Mam nadzieję, że rano otworzę choć jedne drzwi w Maluchu… Stoi sobie grzecznie pod przychodnią, od zeszłego piątku. Ojej, zaciągnąłem ręczny… Trudno nie, na takiej pochyłości jedynka nie wystarczy.

A co z Daną? Jutro zaczyna nową pracę. Ma zawierać umowy na dostawę elektryczności dla przedsiębiorstw. Niełatwo dziś być akwizytorem. Czyli doktorski chleb nie jest znów taki najgorzsy?

blog

pani Klara żyje!

To miła wiadomość na początek dyżurowego maratonu. Kiedy ją zabierali do szpitala z objawami udaru, nie dawali jej wielkich szans. Podobno jest już w domu!

Pacjentów multum, ale już ich załatwiłem. Kolejka jak ssyn była do skrzyżowania, to doktorowy Maluch się wkurzył i na czerwonym przejechał. No bo się jechało autem do roboty; po drodze na czeską pocztę po paczki. Przyszedł film Vesničko má středisková, to sobie z Daną pooglądamy… Kiedyś go widziałem, niezbyt zapamiętałem, ale Dana stale do niego nawiązuje. Bo ty jesteś jak tamten doktor

blog

przed dyżurowym maratonem

Trzeba trochę odgracić dom, bo mama w nim zostanie sama prawie 10 dni. Właśnie zaglądnąłem do paczki, którą wiozłem z Nowego Targu – wszystko w porządku, ten niemiły trask przy manipulacji z nią pochodził od styropianu, którym wyłożono wnętrze. Na razie wróci do łazienki, jakoś się tam mieści.

W kuchni bateria po wymianie głowic sprawuje się całkiem przyzwoicie, czyli na froncie wodnym chwilowe zawieszenie broni. To dobrze, bo wypada otworzyć kilka innych frontów.

Kombi wróciło na swoje miejsce na podwórku i Maluch ma wolną drogę. Do szczęścia brakuje mu tylko trzeciego biegu… i znów coś nie tak z zapłonem. Chyba regulator odśrodkowy. A chcę nim jutro jechać na ten megadyżur, by w razie potrzeby odskoczyć do domu i szybko wrócić. Do domu lub na stację po Danę.

Dzwonił dziś po raz drugi pan, który kiedyś chciał się poradzić w sprawie radia do swojego zabytkowego auta. Chce się spotkać, pogadać. To miło, bo było mi trochę przykro, gdy po uzyskaniu porady już się nie odzywał. Ech, to moje Kombi tyle jeszcze wymaga pracy. Najważniejsze będzie ustawienie geometrii. Chyba jednak miało przed laty wypadek. Gdyby geometria była nieodwracalnie naruszona, trzeba będzie pomyśleć o innym egzemplarzu. Ale za tych 10 lat takich aut bardzo ubyło, a ceny wzrosły. No zobaczymy. Najgorsze jest, że nie można pozbyć się ubezpieczenia OC. A tak bym sobie nakupił multum aut i coś porządnego sklecił.

Do dyżurowego gospodarstwa dodaję małą grzałkę. Kiedy inni śpią, głupio mi wchodzić do pokoju socjalnego (i tam się sypia, NIKT nie ma dyżurki) i sprawiłem sobie radziecki kubek do gotowania, ale jest bardzo powolny w działaniu. Mam tam ładowarkę do telefonu (do paluszków też była, ale chyba ktoś mi ją zwędził…), płyty CD-R (do pirackiego kopiowania nagrań), żelazny zapas trwałych wiktuałów, zapasową bieliznę… Słowem – zestaw do dyżurowego survivalu. Nawet podręczniki medyczne, ale… na dyżurach jest tyle innych ciekawych rzeczy do robienia…

Przed megadyżurem też. Może nie takich ciekawych, ale koniecznych. Czyli na dziś już dość tego blogowania…

blog

najdłuższy dyżur

w moim życiu zbliża się do końca. Wiem… w tym zawodzie żaden rekord i do tego dyżur w przychodni nie może się równać z dyżurem szpitalnym. No, ale w moim doktorskim pożal się Boże życiu jednak rekord.

Czy aby noc będzie spokojna? Czort wi.

No i jak rano wypadnie próba odpalenia tatowego Malucha? Wziąłem go głównie z powodu Dany (bo co to za chłop, który nie ma fury i komóry?). Niestety, do Malucha nie da się wmontować pompy paliwa z Łady. Brak miejsca na dźwignię ręcznego pompowania, dzięki której moje Kombi (pierwotnie z taką samą pompą jak Maluch) pali na pierwsze przekręcenie kluczyka, nawet po zimie.

A tak w ogóle to Łada ma korbę rozruchową. Ciepłokrwiści Włosi skonstruowali wspaniałe auto na syberyjskie mrozy (Fiat 124 na pewno jej nie miał w pierwotnej wersji). A Rosjanie nie knocili go tak, jak w ostatnich latach nasz Żerań model 125p.

Jak na razie, udało mi się otworzyć jedne drzwi Malucha, by wrzucić parę gratów. Rano muszę opuścić kanciapę Tadeusza. Podobno jednak mamy wreszcie dostać prawdziwą dyżurkę. Ha, zobaczymy, co z tego wyjdzie…