Choć się wyspałem, choć nic ciężkiego nie było – jednak czuję się przybity i rozdrażniony.
Przed południem miałem staruszeczkę z nadciśnieniem. Uwielbia mnie, widzi we mnie swego dobroczyńcę. Dlaczego? Przecież nic specjalnego dla niej nie zrobiłem. Ma częste skoki ciśnienia (zaklina się, że leki zażywa regularnie), pogotowie już nie bardzo chce do niej jeździć, krzyczą na nią. Tak przynajmniej mi mówi. Córka jest zupełnie obca, wroga. Byłem tam raz na wizycie domowej i rzeczywiście odczułem niedobry nastrój, jaki tam panuje. Trochę zmieniłem leki, zapisałem ją do ginekologa – w zaufaniu wyznała mi, że ma wypadanie macicy.
Potem obniżyłem formę. Wkurzyło mnie zacinanie się internetu, a dziś wypadało przejrzeć aukcje na Allegro i Aukro, co raz w tygodniu zajmuje mi parę godzin (w domu szkoda na to czasu…). I jeszcze coś, ale nie chcę o tym pisać.
Po południu poszedłem się położyć… Oczywiście natychmiast telefon, że jest prywatna pacjentka. No k–va, płaci 70 zł, a ja za cały dzień powszedni dostaję 80. Z trudem się opanowałem. Na szczęście pacjentka nie była konfliktowa, a jej problem był dość prosty do rozwiązania. Łatwo być miłym dla pacjentów, kiedy nie jest się przepracowanym. I poniżanym.
Uprzątam pozostałości po dyżurowym maratonie. Dziś pozwoliłem sobie na niezłą wyżerkę pod pretekstem testowania tanich, obiecujących konserw z Biedronki. Jak pod koniec wędrówki, kiedy zostają zapasy prowiantu. Flaszkę koniaku schowałem. Jak się doktór zatacza i bełkoce ze znużenia, nie powinno być od niego czuć alkoholem. Niech będzie czyste urżnięcie się pracą…
Już mnie ciągnie na wędrówkę. Na razie powróciła zima, w nocy w domu woda zamarzła… Mam nadzieję, że rano otworzę choć jedne drzwi w Maluchu… Stoi sobie grzecznie pod przychodnią, od zeszłego piątku. Ojej, zaciągnąłem ręczny… Trudno nie, na takiej pochyłości jedynka nie wystarczy.
A co z Daną? Jutro zaczyna nową pracę. Ma zawierać umowy na dostawę elektryczności dla przedsiębiorstw. Niełatwo dziś być akwizytorem. Czyli doktorski chleb nie jest znów taki najgorzsy?