blog

dzień pirata

Od rana słonecznie, spokój. Pacjentów obsłużyłem cierpliwie. Lubią do mnie chodzić, nawet pani, którą z początku potraktowałem dość oschle, zapytała, kiedy można mnie zastać. Była pierwszy raz u mnie i chce znowu, choć jej powiedziałem, że paski cukrzycowe są na zniżkę tylko dla cukrzyków… a ona nie może się zdecydować, czy cukrzycę już ma.

… trochę jak ja – nadciśnienie…

Do taty za przyzwoleniem Szefa urwałem się później, akurat mi tak pasowało, by odebrać po drodze radio do kolekcji. Najpierw jednak do taty. Nie reaguje na domofon, przecież wie, że zapomniałem kluczy i że mam przyjechać… Ktoś wychodzący wpuszcza mnie do bloku, tata długo patrzy przez judasza, otwiera. Dopiero moje przyjście wyrywa go z łóżkowego marazmu. Tradycyjnie zaczynam od zaparzenia sobie herbaty. Rozpakowuję w laptopie przywiezione poprzednio dechovky i puszczam. Nie, to nie jest byle jaki bumcyk z gospody… Najpiękniejsze ludowe pieśni z Moraw. Akurat nie dechovky.

Jak uzgodniliśmy z tatą, robimy barszcz z uszkami. Gotowe pierogi z mięsem są jeszcze o dziwo zjadliwe,  gotuję je przepisowych 10 minut i dodaję błyskawicznego barszczu w proszku (tata chciał taki z burakami, do gotowania). No trudno, wziąłem co było. Z pewnym niepokojem kosztuję… da się to zjeść. Wołam tatę. Zabiera się do jedzenia, dość mu smakuje. Zjadł prawie cały talerz. Pyta, czy nie da się głośniej puścić tej muzyki. To właśnie najbardziej lubię, muzykę morawską. Czeska jest bardziej skoczna, wesoła.

Pa, tato, już muszę jechać. Trochę po piracku, co zrobić, skoro starą szosą (bo po drodze wstępuję po radio).

W przychodni spokój. Piszemy sobie z Daną na Skype. Pojedziemy w listopadzie do Bańskiej Bystrzycy? A czemu, ze mną? Bo chcę wreszcie zobaczyć miasto, o którym śpiewa Nedvěd. No i nigdy tam nie byłam. Ze Słowacji znam tylko Żylinę i Bratysławę.

Od podziału federacji nie byłam na Słowacji, tylko przejazdem. To dzięki tobie zmieniłam spojrzenie na Słowaków*), my ich tutaj**) za bardzo nie lubimy.

*) na Polaków też…

*) w zachodnich Czechach

Dana potrzebuje MS Office, do materiałów z kursu. Pyta, czy gdzieś można ściągnąć. Bo ty umiesz wszystko znaleźć. No i znajduję. Nie przeszkadzaj mi jak szukam – to musi doprowadzić Czeszkę do śmiechu. Słowniki słownikami, ale šukat w praktyce znaczy tyle, co dupczyć.

Dwie godziny ściągania… i błąd w pliku. Dana już śpi, a ja próbuję ściągnąć to samo z innego miejsca. No co, Bill Gates też kiedyś był niebogaty. On by nas chyba rozgrzeszył…