No prawie. Jutro wprawdzie jadę do mamy na poprawiny… Niezupełnie. To ona tak to odbierze, ja zdecydowałem się wykorzystać wolny dzień i wymienić cieknącą rurę. Ale nie przeczę, rad usiądę przy świątecznym stole… I dla samego stołu, i dla mamy, która tak się starała, by na parę dni zapanowała w domu świąteczna atmosfera.
Szkoda, że Dana nie może spytać mamy o szczegóły niektórych przepisów. Nie chcą się spotkać.
Rano przyjechałem do przychodni, było słonecznie, szosa pusta. Przypomniałem sobie nasze dawne świąteczne wyjazdy. Mama zabierała do koszyka świąteczne smakołyki, pałaszowaliśmy je gdzieś w przyrodzie… Może znów za rok…
Chwilę po moim przybyciu opuścił przychodnię Tadeusz, z gitarą w ręku. Gdzie się wybierał? Narzekał, że dyżur był dość mozolny. Nawet wczesnym ranem mieli wyjazd, pacjent z krwawieniem z cewki moczowej trafił do szpitala, ale po konsultacji go odesłali. Tata od jesieni nie krwawi, ale pora wreszcie zainteresować się resztą jego problemów zdrowotnych. Co porabia jego rak? Wycofał się na dobre?
Tata zaproponował Danie wyjazd do Wadowic. Po śniadaniu rozbolał go brzuch, więc długo nie mógł się zdecydować, ale w końcu pojechali. Do samego centrum się nie dostali autem, bo wszędzie procesje. Ale tacie to specjalnie nie popsuło humoru: zamiast w papieskim kościele, wylądowali w karczmie w Suchej, nad świńskim ryjem.
A doktór się w tym czasie bawił w kasjera, stemplując swą doktorską pieczątką rachunki taty, które płacił przez internet.
Pacjentów mało, jeden uciekł, bo nie chciał płacić. Drugi – 22-letni neurotyk z mamuśką. Nie miałem z czego mamuśki zastrzelić, a należało: po pierwsze dla dobra chorego, po drugie oderwali mnie od Allegro. Dostał tabletkę, zastrzyk i receptę. Kto mu wreszcie powie prosto w oczy na co jest chory??