Od rana, czyli gdzieś od 11.30… Bieganie po mieście. Najpierw na czeską pocztę, powinna tam czekać przesyłka z miernikiem – ale co to będzie, skoro wyczaili, że nie mam dokumentów? Przy okienku jakaś nowa pani, w wieku przedemerytalnym, o fizjonomii ciotki – starej panny lub upierdliwej urzędniczki. Nie ma w komputerze żadnej przesyłki na moje nazwisko. Okazuje się jednak, że miernik został wysłany jako przesyłka zwykła, więc nie muszę się legitymować. A zresztą pani przy okienku tylko tak surowo wygląda, chyba by nie robiła niepotrzebnych trudności.
Potem do elektrowni z zaległymi rachunkami taty. Po drodze wstępuję do sklepiku z przecenionymi książkami, płytami… Ha, co mam a co nie? Kupowało się, gdzieś to wszystlo leży… Wybieram 4 filmy, kupuję też kalendarz z górami – w sumie same Alpy, które tata tak bardzo chce jeszcze zobaczyć…
W elektrowni zlikwidowano kasę, ale chociaż dowiedziałem się, że te rachunki rzeczywiście nie zostały zapłacone.
Autobusem do taty. Po drodze do Tesco, bo tylko tam są te pyszne kajzerki. Dzwonię ze sklepu, czy coś jeszcze tacie kupić? Nie, nic więcej nie chce, ale czuję w jego głosie jakieś zmieszanie. Kiedy przychodzę, prosi, bym go zawiózł do bufetu. Szpitalną kolację mi odstępuje – chleb ze zrazem, zupełnie nie słone. Tata ma dietę, którą ignoruje. Zamawia flaczki. Pielęgniarka kazała nam szybko wracać, bo na wieczorną wizytę przyjdzie sam pan ordynator.
Okazuje się jednak, że dyżur ma kto inny. Dzwoni mój telefon – melodia pościg policyjny, czyli ktoś z roboty. Tadeusz prosi mnie, bym jak najszybciej go zwolnił, wcześnie rano znów jedzie do Warszawy.
Przepakowuję rzeczy w mieszkaniu taty i idę na autobus. 10 minut do odjazdu, podjadę na gapę czerwonym. Jak na złość, nie jedzie żaden (od biedy za tych 10 minut bym zaszedł pieszo na przystanek PKS) i muszę patrzeć, jak obok mnie przejeżdżają dwa PKS-y, z tego jeden mój. Gdybym miał lepsze okulary, spróbowałbym zatrzymać ten właściwy.
Godzina do następnego autobusu, idę do mieszkania taty na kolację. Przeterminowana rybka, dwie kajzerki, jogurt i resztka koniaku, który dostałem za naciągane zwolnienie. Znów pędem na przystanek. Z autobusu do Tesco po chleb.
Doktorze, gdzie pan jest, bo mamy wyjazd… Karetka zajeżdża po mnie przed market.