Wczoraj pierwszy raz w tym roku wsiadłem na rower. Zawsze jeździłem w zimie, tym razem zrezygnowałem wobec braku sprawnego roweru i dezorganizacji warsztatu po ataku grzyba. Jechało się nieźle, choć kondycja na razie taka sobie. Moja. Rowerowi doskwiera duży luz korbowodu (w takim stanie go kupiłem w listopadzie). Obawiam się, że nie wystarczy wymiana klina, chyba trzeba będzie dać nową oś. Nie wiem tylko, czy ją zdobędę, bo fabrykę diabli wzięli (marka Favorit wprawdzie nadal istnieje, podobnie jak związek zawodowy Solidarność, ale to już tylko puste słowo…).
Na naprawę roweru nie było dziś czasu. Chwyciłem się prac w ogrodzie. Bez pardonu radyklanie podciąłem krzaki złotego deszczu. Zawsze mi było żal tych gałązek, puszczających o przedwiośniu pąki. No i potem w lecie już bezkwietny krzak przelewał się, złoszcząc sąsiada i zacieniając małe choinki, na dziko wykopane w lesie. Śliczna mała sosenka, przyniesiona w zeszłym roku ze Słowacji, przyjęła się. A pod jabłonią, odrastającą z pieńka, pojawił się maciupeńki cis, pewnie nieślubne potomstwo tego, który przed rokiem zniszczyły wodociągi. Przesadzić i poczekać.
… jak będzie duży, ja będę stary. Czekanie to nie jest sposób na życie. Nie w moim wieku…
Przepraszam, gdzie życie ma przycisk Turbo?