Do roboty pojechałem Fiestą. Uzupełniłem olej, chcę ruszać. Znów się zaciął hamulec, potem chyba zabrakło gazu. Benzyny miałem jakieś niemierzalne ilości na dnie zbiornika, ale dojechałem. Fiesta stoi pod przychodnią, a pod nią jest strużka oleju – aż do krawężnika. Przyjmowałem w ginekologii (tuż przy parkingu), więc zaraz wykorzystałem tamtejszą ligninę, którą chroniłem swe członki przy otwieraniu niesfornej ampułki z Ketonalem (nie ma kropki, chwyta się wg pozycji nalepki, ta miała jakiś feler). Chciałem tylko wytrzeć resztki rozlanego oleju, a tu taki widok pod autem…
A czemu się olej rozlał? Ano, doktór wszystkich poucza, jak olej nalewać: otwór pojemnika ma być u góry. Oczywiście sam chwycił go naoopak, jak intuicyjnie robi każdy niezorientowany żółtodziób. No i rzeczony olej, wlewany do auta narzeczonej, ślicznie sobie żbluchał w takt wchodzącego powietrza.
Wieczorem dzwoni pani K.: cierpną mi dwa palce u ręki, czy mogę na to wziąć tabletkę z magnezem? Tylko jak ja ją połknę, jest taka duża…
A to nie jest do rozpuszczania? Niech pani zażyje, na pewno nie zaszkodzi.
Po godzinie mam panią K. znów na linii: panie doktorze, chciałam panu powiedzieć, że jak tylko włożyłam tabletkę do ust i przełknęłam ślinę, zaraz mi te kurcze ustąpiły. Samej tabletki nie połknęła od razu, chyba rzeczywiście była dość duża.
Tata jest po operacji. Podobno się udała – tak mu przynajmniej powiedzieli. I nawet pacjent żyje…