blog

cudowne tabletki

Do roboty pojechałem Fiestą. Uzupełniłem olej, chcę ruszać. Znów się zaciął hamulec, potem chyba zabrakło gazu. Benzyny miałem jakieś niemierzalne ilości na dnie zbiornika, ale dojechałem. Fiesta stoi pod przychodnią, a pod nią jest strużka oleju – aż do krawężnika. Przyjmowałem w ginekologii (tuż przy parkingu), więc zaraz wykorzystałem tamtejszą ligninę, którą chroniłem swe członki przy otwieraniu niesfornej ampułki z Ketonalem (nie ma kropki, chwyta się wg pozycji nalepki, ta miała jakiś feler). Chciałem tylko wytrzeć resztki rozlanego oleju, a tu taki widok pod autem…

A czemu się olej rozlał? Ano, doktór wszystkich poucza, jak olej nalewać: otwór pojemnika ma być u góry. Oczywiście sam chwycił go naoopak, jak intuicyjnie robi każdy niezorientowany żółtodziób. No i rzeczony olej, wlewany do auta narzeczonej, ślicznie sobie żbluchał w takt wchodzącego powietrza.

Wieczorem dzwoni pani K.: cierpną mi dwa palce u ręki, czy mogę na to wziąć tabletkę z magnezem? Tylko jak ja ją połknę, jest taka duża…

A to nie jest do rozpuszczania? Niech pani zażyje, na pewno nie zaszkodzi.

Po godzinie mam panią K. znów na linii: panie doktorze, chciałam panu powiedzieć, że jak tylko włożyłam tabletkę do ust i przełknęłam ślinę, zaraz mi te kurcze ustąpiły. Samej tabletki nie połknęła od razu, chyba rzeczywiście była dość duża.

Tata jest po operacji. Podobno się udała – tak mu przynajmniej powiedzieli. I nawet pacjent żyje…

blog

mama wróciła

Po czterech tygodniach wróciła ze szpitala, bez tarczycy, słaba, ale w dobrym nastroju. Nie udało mi się dokończyć porządków, choć wczoraj ostro pracowałem aż do porannego śpiewu ptaków.

Mama zamówiła bukiet 13 herbacianych róż dla ordynatora, króry ją operował. Potem jedna z jej najbliższych przyjaciółek z hospicjum odwiozła nas do domu.

Zamiast obiadu zjadłem resztki szpitalnych zasobów mamy, które regularnie znosiłem do spiżarni i lodówki. Jutro już mama ugotuje obiad, więc trzeba usunąć pudło z miernikami, które utknęło w kuchni przy kredensie. Po kolei wyjmowałem je, fotografowałem, by później spakować i wynieść na strych. Ale ostatni z mierników miał oderwane szkiełko, które luźno latało, grożąc uszkodzeniem wskazówki. Rozbieram miernik, kombinuję, jak wyjąć ustrój… a to heca, zamocowany jest tylko na trzpieniech, doprowadzających prąd*). Made in USA, takiego prymitywu Związek Radziecki by nie wypuścił (zdaje się, cichcem kopiował mierniki angielskie…). Rozbieram ustrój… niestety, wyłamane są gniazda śrubek, trzymających szkło. A Cyjanopan w warsztacie usechł z tęsknoty za mną. Co tu robić?? Miernik rozkręcony w kuchni na stole, sklepy zamknięte (ha, można było uderzyć na stację benzynową) – wziąłem zwykły klej do tworzyw sztucznych.

Chwyciło.

*) Zwracam honor Amerykanom: ustrój był najprawdopodobniej zamocowany dodatkowo do płyty czołowej, ale jakiś majsterklepka to zdemontował; ogólnej oceny konstrukcji i wykonania miernka to jednak nie zmienia.

blog

wyszło słońce 20

Mama po operacji odzyskuje wigor.

Ze szpitala poszedłem na targowisko i kupiłem nowe kapcie. Widziałem też fajny nóz, prawie taki, jaki ma Dana (prawie, bo ona ma chyba autentyczny nóż bojowy radzieckich komandosów), ale nie miałem przy duszy tyle grosza.

Dana została bez internetu i bez telefonu. Chyba wyłączyli, bo nie zapłaciła. Chodzi mejlować do sklepu spożywczego.

Wylicytowałem dla praskiego kolegi przycisk na biurko z logo przedwojennej czeskiej firmy radiotechnicznej Mikrofona. Musiałem się wrócić, idąc do mamy do szpitala: kolega prosił o podniesienie stawki (w domu nie za bardzo łapię czeską sieć GSM, na ulicy – lepiej). Ale i tak kupiliśmy za cenę wywoławczą.

Dosuszam dywan, termowentylator pracował całą noc.

Słońce, ciepło, wręcz gorąco. Chce mi się w góry, chyba jutro wreszcie się wyrwę. Na Chotárny kopec*). Czemu akutat tam? A bo tak. A bo przed operacją wspominaliśmy z mamą tę wycieczkę.

*) pasmo Jaworników, okolice Czadcy

blog

będzie dobrze

– powiedział ordynator. Ale było już bardzo późno, nowotwór zaczął naciekać chrząstkę krtani.

Kiedy tylko uchyliłem drzwi do sali, mama wyciągnęła rękę w moim kierunku. Na nic innego nie było jej stać: opuchnięta, dysząca, nie mogła z siebie wydobyć głosu. Z początku przeraziłem się, że wycięto jej krtań.

Po południu po raz pierwszy się uśmiechnęła, kiedy zza okna odezwała się kocia aria.

Tata chodził po mieście, chcąc się zapisać na cystoskopię. Wszędzie wyczerpane limity, można od ręki, ale prywatnie. W tej sytuacji tata w poniedziałek wraca do onkologa, by spytać, co dalej.

Powiedziałem mu o mamie tylko tyle, że miała jakiegoś guza i został wycięty. W sumie to prawda, więcej nie musi wiedzieć. Niech się zajmie swoim rakiem.

A ja jutro pożyczam od znajomej mamy suszarkę do włosów, bo mokry dywan w pokoju już zaczyna śmierdzieć. Tata mówił, że w Polsce jest straszna powódź. Może jest, w moim rejonie już nie. Muszę się zająć ratowaniem swojego dobytku, bo nikt mi w tym nie pomoże, choć i ja jestem ofiarą wody.

Chyba zaraz przyniosę termowentylator. Bo opalarka jest dobra, ale do odmrażania rur. A wystarczyło wcześniej wymienić jedną pękniętą dachówkę…

… a można było wcześniej zauważyć, że mamie na szyi rośnie guz.

blog

toast za mamę

… białym winem bułgarskim – wypiłem tak, jak prosiła. Wpadłem do szpitala jeszcze wieczorem, akorat przyszedł znajomy chirurg-rowerzysta, żeby mama podpisała zgodę na zabieg. Zastałem ją w dobrej kondycji, pełną optymizmu. Grała?

Wcześniej byłem w Ostrawie po zakupiony na Aukro generator. Czy wyglądam biednie? Bo konduktor podarował mi opłatę bagażową. Generator jest ogromny, z wbudowanym oscyloskopem, pracuje w paśmie akustycznym. Dana cieszy się, że jej pokażę figury Lissajous. Gdybym wiedział, jak jest duży (na zdjęciu trudno to ocenić), może bym zerezygnował. Zajął mi dopiero co zwolnione miejsce w sieni.

Ale na strychu można jeszcze to i owo upchnąć. W nocy wymieniłem trzy dachówki. Drabina tego rodzaju, co kupiłem, jest bardzo wygodna, bo mając możliwość regulacji wysokości co stopień, łatwo możemy ją od strony strychu przystawić do łaty (czyli drewnianej żerdki), nad którą jest uszkodzona dachówka.

Jutro, jak mama będzie na stole operacyjnym, kupuję rower trekkingowy, prawie nieużywany, jeszcze z czechosłowackiej fabryki Eska. Kiedyś ten model był moim marzeniem: z zazdrością przyglądałem się jego hamulcom i potrójnej przekładni. Ogumienie ma szosowe (ciekawe, jaki rozmiar obręczy, bo jeśli 630, to nie zdobędę innego), przerzutki oczywiście jeszcze bez indeksu, hamulce cantilever. Gdyby nie jego wartość kolekcjonerska, przystosowałbym go do ciężkiej, długodystansowej turystyki.

Doktór został kolekcjonerem rowerów?

blog

wieści dobre i gorsze

Operacja tarczycy u mamy odbędzie się w piątek. Rozmawiałem z ordynatorem, ani sam zabieg, ani rodzaj i stadium nowotworu nie są zbyt ciężkie.

Przy okazji usłyszałem jednak i inną diagnozę. Wygląda na to, że interniści wykryli szpiczaka. Tego, którego wykluczono przy poprzednim pobycie diagnostycznym, dwa lata temu. Objawy były (i są…) klasyczne – ściślej te podmiotowe, czyli skargi pacjentki. Ale badania nie potwierdziły rozpoznania, więc się z niego wycofano.

Tata znów zwleka z pójściem na cystoskopię (wziernikowanie pęcherza), bo ostatnio mniej krwawi.

Kupiłem trzyczęściową drabinę i wymiana dachówek będzie łatwiejsza. Chociaż coś do przodu.

blog

noc bez wiader

Taki był efekt doktorowej operacji na strychu. Wymiana dachówki była łatwiejsza, niż się wydawało. Skończyła się przed północą, ale Blox chwilowo nie nadawał się do użytku. Pewnie miał miesiączkę 😉

Teraz, jak dach jest naprawiony, przestało padać.

W piątek mama ma operację.

Dzisiaj chyba wprost ze szpitala pójdę do Castoramy, po nową drabinę. Długą kupi się później, jak będzie na nią miejsce (przęsło ma 4 metry, a kosztuje prawie tysiąc zł – więc trudno ją zostawić na podwórku). Teraz – mniejszą, bo do wielu miejsc czterometrowa nie wejdzie, czyli i tak muszą być dwie.