Wczoraj zasiedziałem się do nocy w swoim pokoju – przy radiu. Jakiś dziadowski radiomagnetofon, dostany za darmo na giełdzie, odbiera tylko polskie stacje. Radio Zet akurat miało ciekawą dyskusję, więc słuchałem do drugiej.
Rano, po ósmej, budzi mnie jakiś łomot w kuchni. Tata? Coś mu się stało? Poprzedniego dnia przyszedł niespodziewanie do dużego pokoju, zastałem go jak próbował pozbierać z dywanu ciasto, które zrzucił ze stołu. Trzymał się chodzika, ręce mu drżały, miał nieszczęśliwy wyraz twarzy. Cicho usiadł na tapczanie, przybity swą niesprawnością, zawstydzony, że zastałem go w takiej sytuacji. Przytuliłem go, włączyliśmy telewizor. Powoli zaczął rozumieć, że nie jest intruzem. Wieczór upłynął w pogodnej atmosferze.
A poranny hałas? Zanim wstałem, tata obciągnął już jedno piwo i właśnie szedł po drugie. Ucieszył się na mój widok i zaprosił na poczęstunek.
Po śniadaniu wyruszyłem autem na zakupy (piwo było bezalkoholowe – ale smaczne, karmelowe). W TESCO mają kuchenki mikrofalowe po 149 zł, następnym razem kupię. Przecenionych narzędzi na wagę już nie mieli… no, nieatrakcyjne resztki. Było od razu więcej wziąć.
Potem jeszcze do Castoramy po osprzęt elektryczny. I w ostatniej chwili do domu, bo trzeba wcześniej jechać do przychodni. No tak, Tadeusz dzwonił i prosił o cofnięcie zamiany dyżurów. A ja chcę po drodze pójść na pogrzeb sąsiada.
Tata, jak zapowiadział, wita mnie obiadem. Zupa z torebki z dodatkowym makaronem. Czyli: sam wyjął z kredensu zupę i makaron, nalał wody, zapalił gaz… A wydawało się, że ledwie potrafi kuśtykać po mieszkaniu.
Póki jest taka ładna pogoda, moglibyśmy gdzieś pojechać autem…
Tato… wracasz do życia!