Człowiek rodzi się zmęczony i żyje po to, żeby odpocząć. Koniec cytatu, autor intensywnie poszukiwany.
Doktór dodaje od siebie: tę funkcję może pełnić praca zawodowa. Moja i owszem, całkiem dobrze sprawdza się w tej roli. Niestety, w innych kategoriach już nie wypada tak rewelacyjnie…
Paru pacjentów, z tego jeden, co już sobie zaczął brać antybiotyk i akurat mu zabrakło. Jedna wizyta domowa.
Kilka wygranych aukcji. Ale tak w ogóle, nie chce mi się już tyle surfować, co kiedyś. Cotygodniowe przeglądanie aukcji staje się nudnym obowiązkiem jak cotygodniowe czynności małżeńskie dla obiębłego kochanka. I tylko krótka chwila radosnego bicia serca, kiedy się aukcję wygrywa. Nałóg kupowania w nietypowej postaci – bo nie w supermarkecie?
Tata ma się dobrze, dzwoniłem do niego dwa razy. Tyle, że obiadu nie zjadł. Myślał, że może jednak przyjadę… Muszę się wreszcie nauczyć właściwego podejścia do niego: nie popaść ani w chłodne miłosierdzie, ani neurotyczne domaganie się wdzięczności.
Wiem, że jesteś tam – śpiewa w radiu jakaś *) pani; całkiem ładna piosenka. Kto jest adresatem jej słów?
*) ależ oczywiście, dr Google (prawie) zawsze wszystko wie…
Dana jest bez internetu, nie wiem dlaczego. Po przychodni snuje się smród papierosów naszego kierowcofryzjera. Doktór wypełnił swój blogerski obowiązek wobec ludzkości i pójdzie spać do chłodnej dyżurki. Nie ma tam netu, ale za to nie dociera też dym tytoniowy…