blog

odpoczynek od życia

Człowiek rodzi się zmęczony i żyje po to, żeby odpocząć. Koniec cytatu, autor intensywnie poszukiwany.

Doktór dodaje od siebie: tę funkcję może pełnić praca zawodowa. Moja i owszem, całkiem dobrze sprawdza się w tej roli. Niestety, w innych kategoriach już nie wypada tak rewelacyjnie…

Paru pacjentów, z tego jeden, co już sobie zaczął brać antybiotyk i akurat mu zabrakło. Jedna wizyta domowa.

Kilka wygranych aukcji. Ale tak w ogóle, nie chce mi się już tyle surfować, co kiedyś. Cotygodniowe przeglądanie aukcji staje się nudnym obowiązkiem jak cotygodniowe czynności małżeńskie dla obiębłego kochanka. I tylko krótka chwila radosnego bicia serca, kiedy się aukcję wygrywa. Nałóg kupowania w nietypowej postaci – bo nie w supermarkecie?

Tata ma się dobrze, dzwoniłem do niego dwa razy. Tyle, że obiadu nie zjadł. Myślał, że może jednak przyjadę… Muszę się wreszcie nauczyć właściwego podejścia do niego: nie popaść ani w chłodne miłosierdzie, ani neurotyczne domaganie się wdzięczności.

Wiem, że jesteś tam – śpiewa w radiu jakaś *) pani; całkiem ładna piosenka. Kto jest adresatem jej słów?

*) ależ oczywiście, dr Google (prawie) zawsze wszystko wie…

Dana jest bez internetu, nie wiem dlaczego. Po przychodni snuje się smród papierosów naszego kierowcofryzjera.  Doktór wypełnił swój blogerski obowiązek wobec ludzkości i pójdzie spać do chłodnej dyżurki. Nie ma tam netu, ale za to nie dociera też dym tytoniowy…

blog

przedbiegi świąteczne

Dyżurowa noc tradycyjnie spokojna. Rano trochę się zatrzymałem z Tadeuszem, chciałem wziąć jeszcze jakiś dyżur przed Świętami. A on – że nie wie, jak te 3 dni (24-26 XII) wytrzyma w domu, więc chociaż teraz chce pobyć w przychodni. Jakieś problemy rodzinne, coś słyszałem. No dobrze, ale ja na odmianę nie chcę dyżurować w Sylwestra… Załatwione.

Jestem w domu, dzwoni tata, tęskni za mną. A tu kupa papierowych spraw: ubezpieczenie za Poloneza z przyczepką (PZU z rozpędu proponuje NW na oba pojazdy :D), nadać przekaz bankowy, zapłacić tacie za  komórę – po chrześcijańsku, nie przez żadne internety. No to w kurs.

PZU nie skore do negocjacji (jak im uciekłem z Fiestą, po niewczasie chcieli spuścić). Na poczcie pana od MTU tradycyjnie niet. Urzędniczka od dowodów specjalnie się nie dziwi, że obywatel nie miał w życiu nowego dowodu. Pyta tylko, czy w międzyczasie nie zmienił obywatelstwa.

Wracam z połową załatwionych spraw. Klepsydry nie mieszczą się w gablotce. Marek M., lat 49, adres znajomy… Przecież to blacharz, który od lat reperował moje auta, Kombi w szczególności. Fiesta ma jeszcze w bagażniku lampę warsztatową, którą zapomniał przy niedawnej naprawie. Fiata 128, który stał obok w hali, pewnie zdążył skończyć. Ale Fiat 124 i stary Maluch z rozbitym przodem zostaną osierocone na podwórku. Nie był słowny, ale jak chciał, robił cuda. Przez lata polubiliśmy się. Czuł duszę starych aut, był marzycielem. Zawsze lekko smutny…

Dzwonię do taty, akurat czeka na tomografię. Nie mówię mu, dlaczego odłożyłem wyjazd.

Zawsze myślałem, że Pan Bóg jeździ Dużym Fiatem, oczywiście tym starym. No i pewnie coś w nim wreszcie przerdzewiało, więc powołał do nieba dobrego blacharza. Wypada mi jutro pożegnać człowieka, z którym się zżyłem. Właściwie tak, jak moi pacjenci ze mną…

blog

ostatnia nadzieja?

Rano pojechaliśmy karetką do szpitala w Bielsku. Akurat trwała wizyta, ordynator poprosił mnie o informacje o przebiegu choroby taty. Widać, że dobrze zarządzany oddział, a jego szef lubi podejmować się trudnych wyzwań. Od razu zaplanowali szereg badań. Po wizycie młody, sympatyczny stażysta spisał jeszcze raz wszystko, co mogłem o ojcu przekazać.

… ech, na początku każdej hospitalizacji taty jest chęć do diagnozowania, leczenia. I dyskretne narzekania na działania poprzedników. No, trochę jak po zmianie rządów czy I sekretarza Partii. A kończy się tak, jak ze spapranym autem, które stale zmienia właścicieli. Tata był znów w dobrym humorze i otwarcie powiedział, że w poprzednim szpitalu był celowo nieznośny, bo… obrzydła mu nerkowa dieta i chciał szybciej wyjść do domu.

Jak pięknie spod szpitala widać góry… Na przystanku ktoś napisał, że Chrystus na krzyżu był tylko odurzony, potem sobie normalnie żył i miał dzieci z Marią Magdaleną. Jadę ósemką, bo chcę wdepnąć do Izby Lekarskiej. A w Izbie… mili dla mnie. No bo co im zależy? Forsę i tak wyciągną, wszystko im jedno, z kogo. Nie, sądu koleżeńskiego u nas nie ma.

Po drodze kupuję przecenione pierogi wigilijne. Czy na oddziale mają mikrowelę (ciekawe, jak się na nią mówi poza Śląskiem…)?

Siadam na chwilę w mieszkaniu taty, robię herbatę, zagryzam strudel od Dany. Spoglądam na puste łóżko taty, przecież tu jeszcze wróci? Właściwie jest mi w tym mieszkaniu dobrze, jak w akademiku. Ogrzane, mam swoje wyrko, nawet lapa z netem (tego na studiach oczywiście nikt nie miał, jakieś blaszanki z DOS-em czy Win 3.1 może gdzieniegdzie były…).

Trzeba już iść na autobus. Na dworzec jadę na gapę. Przychodzę 2 minuty po odjeździe, ale autobusu jeszcze nie ma, jedzie z Warszawy. Inny jest spóźniony, już na niego nie liczyłem.  Stoimy w korku. Dzyń, dzyń, tu Izba Lekarska. Sprawdziliśmy, pana szef płacił składki, ale tylko za siebie. Jak coś, to rozłożymy panu na raty…

Ech…

blog

karuzela zdarzeń

Od rana roztopy. Bardzo ubyło śniegu, brzydko, mokro, ale drogi nareszcie wolne od lodu.

Ordynator nefrologii od wczoraj dla mnie miły, prosi, bym przyszedł później, bo właśnie będzie umawiać tatę na dializy w jego mieście. OK, idę na czeską pocztę. Nadaję dwa przekazy, wspominam, że jeden pewnie na mnie czeka. I jeszcze list… Urzędniczka mruknęła, że mogłem od razu powiedzieć, a tak musiała chodzić dwa razy. I zaczęła się przyglądać paszportowi. Nieważny! Nie mogę panu wypłacić pieniędzy.

Wracam do szpitala, ordynator zajęty. Przyjdę później.

Proszę, niech pan idzie do ojca, bo jest ostra wymiana zdań z panem ordynatorem.

Miałem wypadek samochodowy i żałuję, że się wtedy nie zabiłem – słyszę zdeterminowany głos taty. Już wykrzyczał, co go bolało, uspakaja się. Ordynator mu właśnie powiedział, że na razie pójdzie do innego szpitala, nie do domu. Zostaję sam z ojcem. Jest smutny, ale spokojny. Chciałby do domu, choć na parę dni. Podziękuj ordynatorowi, że mnie wysłuchał. Tak się to ze mnie wszystko wylało…

Idę, przepraszam za wybuch taty. Jest takim samym furiatem, jak ja – mówię.  Ja go rozumiem, już ma dość szpitali. Trzeba się umieć wczuć w sytuację chorego – ordynator jest dla mnie niezwykle przyjazny. Poprosił do gabinetu, pyta o moją pracę, dzieli się fantami od przedstawicieli farmaceutycznych. W oddziale, gdzie tata ma mieć dializy, chcą spróbować zabiegu, na który nie zdecydowali się tutujsi urolodzy: nefrostomii, co mogłoby pacjenta uwolnić od dializ. Mówię mu, że odobrucham tatę.

Kiedy wracam z zakupami, dowiaduję się, że ordynator był jeszcze raz u taty, odbyli serdeczną rozmowę.

Na czeskiej poczcie nie dają się nabrać na zielony dowód osobisty. W końcu wypłacają na prawo jazdy. Mówię, że wybierałem na nie prezydenta RP… Ale następnym razem chyba nawet prezydent nie pomoże…

W domu list od Mafii Lekarskiej. Szef od lata 2008 nie odprowadzał moich składek. Matka chrzestna do 14 dni chce ponad 1000 zł. Spróbuję z szefem po dobroci…

blog

gdy rządzi głupiec

… opadają ręce.

Wizyta domowa, migotanie przedsionków. EKG nie działa, bo ktoś wyjął baterie. Okazuje się, że na polecenie Szefki.  Chyba 10 paluszkowych akumulatorów, zapakowane są w woreczku, wkładanie za każdym razem do przyrządu jest dość uciążliwe i grozi w końcu uszkodzeniem styków. Raz nawet ratownikowi o mało nie poleciała po premii, że tego nie zrobił. Sanitariusz jest jej bratem, ale palnąłem mu bez ogródek, co myślę o takich zarządzeniach.

Nie dość, że mnie okrada i poniża, to jeszcze forsuje swoje głupie pomysły.

Wałęsę swego czasu wybrałem sam, ale za  Szefkę naprawdę nie mogę (tak się po czesku mawia)…

Pacjentka została w szpitalu, ale nie wiadomo, czy po nią nie pojedziemy. Jeśli tak, to już beze mnie. To była druga wizyta domowa, mam nadzieję, że ostatnia na tym dyżurze.

W końcu po to do roboty chodzę, by sobie odpocząć w cieple, przy herbacie i necie…

Za dużo tagów? Za dużo głupców!

blog

częściowy sukces

Innych ostatnio nie bywa…

Szefka przyniosła kopertę. Wyrównanie. Za dyżury jak Pan Bóg przykazał. Za zastępstwa obcięli. Nie zapłacili za dwie pierwsze godziny, stawkę „podnieśli” z 10 nie na umówionych 20, ale na 15 złotych za godzinę.

blog

z tarczą, choć bez tarczycy

… tak wygląda strona medyczna kontroli onkologicznej u mamy. Nic nie świadczy o wznowie procesu nowotworowego. No i dobrze, bo trzeba się zająć innym problemem – prawdopodobną białaczką.

Poranna jazda autobusami z przesiadkami była dość uciążliwa, więc powrót zaplanowaliśmy wieczornym kursem bezpośrednim, na który dobre dwie godziny czekaliśmy w małej, sympatycznej restauracji.

Już się wydawało, że autobus w ogóle nie przyjedzie. Warunki drogowe rano były na większości trasy znośne, pod wieczór – znacznie się pogorszyły. Kiedy wreszcie dodzwoniłem się do dyspozytora naszego oddziału PKS, na gliwicki dworzec zajechał wytęskniony, spóźniony Solbus. Po drodze kierowca dogadał się przez CB-Radio z jadącym przed nim kolegą, że z powodu spóźnienia ominiemy Jastrzębie Zdrój, do którego to miasta nie jechał żaden z trojga pasażerów.

W Gliwicach otrzymałem wiadomość od Tadeusza – prosi o wzięcie paru dyżurów. I podobno brakującą część wypłaty dostaniemy w kopertach.

blog

doktór zaskoczony

Nie, nie tym, że po wymianie klemy nadal nie działa rozrusznik we Fieście. To akurat było do przewidzenia. Napięcie na zacisku sterującym jednak się pojawia, więc pozostaje brak masy albo defekt samego rozrusznika.

Co jest zupełnym zaskoczeniem: pensję za listopad przeleli na konto jeszcze dziś, jak zapowiadali. Ale niecały tysiąc złotych, zamiast ok. 1700. Doktór poprosi o wyjaśnienia.

… i pewnie się ich nie doczeka.

Ilu lekarzy w Polsce pracuje za płacę minimalną? Do tej pory to była tylko fikcja, by oszukać ZUS (czyli pracownika, okradając go z przyszłej emerytury). Ale Szef założył sp. z o. o., raczej nie w uczciwych zamiarach. Czy naprawdę nie ma w tym kraju rady na takie praktyki?

blog

ostatnie lody?

Ostatnie w tym roku? Wieczorem przyniosłem z Biedronki sporą roladę lodową; resztę załogi udało mi się namówić tylko na jedną porcję. No, jeśli nie ostatnie, to raczej ostatnie, którymi się przejadłem. Upały się chyba definitywnie skończyły.

Rano pogoda była znośna, potem zaczęło padać. Zimno jest, tata chciał sobie kupić termowentylator, ale nigdzie nie było. Na razie mieszka na swej ojcowiźnie na wsi, bo mieszkanie w mieście ma na 4. piętrze, bez windy. Jutro jadę do niego. Oby rehabilitacja dała efekty.

Przed chcwilą skopiowałem do lapa fotki z vandru. Najpierw wrzucę je na chomika (tylko dla Dany), potem coś dam na blog. Ale to pewnie na którymś z następnych dyżurów.

Kiedy one będą? Trzeba coś uzgodnić z Tadeuszem. Dyrekcja zrobiła mi miłą niespodziankę: za godzinę zastępstwa dziennego (a wtedy raczej jest ruch) dostaję 30 złotych – było 10…

blog

szewski dyżur

Właściwie kaletniczy – jak tylko się ulotniła Szefka,  wyskoczyłem do Biedronki po prażynki i dokonałem typowo biedronkowego zakupu – zestaw dziurkacza rewolwerowego, nitowacza i oczek. I dwa zeszyty, choć mam ich hałdę. Ale takie tanie i ladne, a przecież każde auto powinno mieć dziennik pokładowy. Ech, te prażynki ziemniaczane kojarzą się mi z PRL-owskimi wakacjami w Rabce. I z nalepkami na samochody w postaci czerwonego owalu z rokiem. Widzę jak dziś gołąbkowe Syrenki z takimi nalepkami z tyłu, pamiętam 1970, 1969… Jeszcze nie było modelu 105, drzwi otwierały się po staremu. Jeszcze nie palili komitetów.

I tak źle było? Wróć się, czasie…

Mama dostała dziś jod i czuje się nieźle. Tata zaokrętował się na bielskiej urologii. Dana zmieniła doktorkę i ma iść na parę dni do szpitala.

Obydwoje bardzo byśmy chcieli wreszcie się urwać na kolejny vandr

Wypłatę dali. O godzinę za mało mi policzyli, jak zastępowałem Tadeusza. Tym samym dostałem o 10 zł mniej, niż się należało. Trzeba się upomnieć.

A w Zakopcu mieli fajowe koszulki: Udaję, że pracuję, oni udają, że mi płacą. Albo na opak? Trzeba było kupić, kosztowały tylko 2 i pół godziny doktorskiej roboty…

No psia mać, tagi na kartki? Tylko 7 wolno? Nawet w PRL blogowanie nie było reglamentowane…