Dyżurowa noc tradycyjnie była spokojna. Rano już się zbieram na autobus, dzwoni telefon. Proszą o wizytę, już tam byłem, woleliby mnie. Dali wtedy 50 złotych – przypominam sobie. Obiecuję, że ktoś z nas przyjedzie, pytam, kiedy będzie karetka. Pojadę ja, przy okazji trochę zarobię.
Akurat zdążyłem zjeść śniadanie i możemy jechać. Musimy, bo pielęgniarce się spieszy, będzie pobierać krew do badania w naszej drugiej przychodni. Z moim czasem nikt się specjalnie nie liczy.
Z pacjentem nie jest tak źle, jak się obawiałem. To rzeczywiście będzie zapalenie nerwu kulszowego, jak poprzednio rozpoznałem; przedłużam leczenie, bo jednak jest poprawa.
Z karetki wysiadam po drodze – koło dworca. Godzina od zakończenia dyżuru, tym razem nie dali mi nic. Nadjeżdża stary Autosan (lubię je, klamka od Jelcza, migacze od Fiata 132 i 125)… i widzę, że nie mam w portmonetce dość pieniędzy na bilet. Co tu robić? Lekarz może leczyć za darmo, ale czy ktoś go za darmo przewiezie autobusem? Albo za darmo (lub chociaż bez marży) sprzeda lek, który ten lekarz zapisał?
Na szczęście znajduję zaskórniaka od innego pacjenta i nie muszę żebrać.
Po obiedzie idę zobaczyć, co nie gra we Fieście. Po prostu akumulator. Jednak, choć z początku na to nie wyglądało. Pasek jest prawidłowo napięty, sprawdzi się instalację i pewnie wymiana akumulatora. Nawet na złomowisku nie dadzą go za darmo, bo niby czemu?
Do taty idę ze świeżym borówkowym kołaczem od mamy (specjalnie prosiła, żebym zaczekał). Jest po narkozie, nie może jeszcze jeść. I nadal krwawi, mimo kolejnego zabiegu. Ale jest w dobrej formie. Powalczymy.