blog

ruszyć rozrusznik

… się nareszcie doktorowi udało. Naciął piłką do metalu niesforną nakrętkę, niewiele uszkadzając gwint sworznia. No i rozrusznik mógł powędrować spod maski Fiesty w cieplejsze miejsce, gdzie się go obejrzy i zadecyduje, co dalej.

Dowiedział się też doktór, co to takiego ten  warez,  z którego tak intensywnie korzysta. Ano, ruch darmowej dystrybucji dóbr niematerialnych, zwanych pirackimi. Doktór wyczytał gdzieś, że takowe działania są współczesnym wcieleniem tego samego ducha, który w swoim czasie napędzał ruch antykomunistyczny. I chyba coś w tym jest, bo doktór przy ściąganiu i rozdawaniu*) pirackich kopii odczuwa podobny dreszczyk, jak kiedyś w działalności opozycyjnej, w kontakcie z bibułą.  To nie to samo, co wyrzucanie stert reklam ze skrzynki pocztowej.

Człek widać kocha wolność, a właściwie:  kocha o nią walczyć.  Inaczej nie smakuje…

*) rzadko bo rzadko, ale jak kiedyś potomni spytają:  a co ty robiłeś w tamtych ponurych czasach? – dumnie wypnę swą dysydencką pierś… (po roku ’89 jakoś się zagapiłem i nie załapałem)

blog

doktór finiszuje

… tylko pytanie, czy można powiedzieć, że we wspaniałym stylu.

Rano postanowiłem wykorzystać codzienne zesłanie na  front wschodni,  by między jedną przychodnią a drugą wyskoczyć do banku. Czas był najwyższy zapłacić za wyallegrowane radio, a na koncie internetowym – pustki. Rzeczony  front wschodni niby nie jest już miejscem doktorowej martyrologii, bo korzysta z uświęcającej łaski połączenia z Internetem, surfować jednak nie można. Sprawdzić dane jakiegoś dziwacznego leku, który pacjent rzekomo zażywa – owszem. I bardzo to w pracy pomaga.

Pierwszą przychodnię opuściłem około pierwszej i udałem się na średniego kalibru zakupy, znów wykorzystując to, co w sumie jest handicapem: zazębiające się przychodnie: w jednej jeszcze mam pacjentów, w drugiej – już na mnie czekają.

Tak, jak przypuszczałem, młoda kobieta z przedłużającą się gorączką jeszcze się u nas pojawiła, ale była u samego Szefa, a ten rozpoznał zapalenie płuc, pokazał mi zdjęcie. I… podarował trzytomowy podręcznik interny. Przypadek, czy mam to traktować jako upomnienie?

Przyszedł również pan Czesław po przedłużenie lekko naciąganego zwolnienia, niosąc reklamówkę pełną słodkich darów… niczym czwarty król, który nie zdążył się załapać do niedawnego nowoświęta.  A ja mu od rana, jak cnotliwa panna swe dziewictwo do dnia ślubu, uchowałem jedyny druczek ZLA *), jaki mi pozostał.

*) w poprzednim wcieleniu miał symbol L-4…

Był też do kontroli kierowca liniowego autobusu, nieco starszy ode mnie. Wchodzi zadowolony, widać, że zdrowieje. Poprzednio zeszliśmy na temat autobusów. Jeździł Jelczami i dobrze je wspomina. Pamięta nawet Sany H-100; ciekawe – bo ja ich u nas nie widywałem; z przeproszeniem kojarzą mi się z Polską B. No dobrze, w Nowym Targu też jeździły – ale w Zakopanem już nie.

Wieczorem wyskoczyłem do Tesco, uzupełnić prowiant. No i w efekcie do służbowego lapa podpiąłem swoje prywatne głośniczki.  Belfast sączy się z nich cichutko… Ech, gdzie się podziałaś, moja peerelowska młodości…

blog

opór materii

Wniosek o dowód złożyłem, akurat podpis mi wyszedł nieładny. Po prostu: jeśli wiem, że ktoś oczekuje ode mnie  podpisu zgodnego z wzorem,  nigdy mi to nie wychodzi. Przy listonoszu – spoko… o ile nie jest to urzędowy list za potwierdzeniem odbioru – te nic dobrego nie wróżą.

Pogoda była dość miła, więc chwyciłem się Fiesty, wczoraj wieczorem sprowadzonej w okolice domu (trzeba było poczekać aż zrobi się przed nią miejsce, by mogła bez rozrusznika wyjechać z miejsca swej banicji). Dostęp do śrub, mocujących rozrusznik, jest całkiem dobry, ale one same są trudne do ruszenia… a moje klucze, „13” konkretnie, dość wykiwane. Spróbowałem dokręcić zacisk prądowy, ale nic to nie dało. Potem się ściemniło i zaczęło kropić. Naprawa odracza się, trzeba znaleźć lepsze klucze i preparat do luzowania śrub.

Paczka z Allegro przyszła rozbita, bo była cienko zapakowana. Druga strona uważa, że winna jest tylko poczta. Psiakrew, dlaczego wszystkim dokoła nieodpowiedzialność uchodzi na sucho?? I nima sposobu na takich wujów. A są gorsze przypadki…

Idę na autobus. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Mój ulubiony liniowy MAN tym razem nie sprawia mi radości – akurat chciałbym oprzeć głowę i podrzemać, a tu nie ma o co. I tak po drodze podsypiam. Wysiadam, przychodzę do taty jeszcze w pokojowym nastroju. Ale, jak bardzo często bywa, to co zastaję, w mgnieniu oka doprowadza mnie do szewskiej pasji: wodomierze wymienione na wielkie hoba z radiowym odczytem, jeden utrudnia dostęp do zlewu w kuchni. Mocz z tatowego worka ciurka na podłogę, a tata przez pomyłkę wlazł do puszki z moimi ulubionymi owocami, przywołującymi wspomnienia PRL: liczi. W sumie same drobiazgi, ale przekroczyły masę krytyczną. Bo od wczoraj byłem rozżalony, widząc jak rozpromienił się na widok mojej kuzynki, Urszuli – i jak ze sobą rozmawiali, jak się sama Urszula do mnie odnosi. Miałem wrażenie, że to ona jest ukochaną córką, a ja – tolerowanym z konieczności pociotem.

Biedny tata. Ale potem usiedliśmy do kolacji, zaczął snuć wspomnienia z dzieciństwa.

blog

choroba polarna?

Tak się to nazywa, po czesku: ponorková nemoc,  choroba łodzi podwodnych. Jak ludzie są skazani wyłącznie na swoje towarzystwo, w końcu zaczynają się gryźć.

Rano byłem zaspany, bo do nocy oglądałem film o pułkowniku Kuklińskim. Ech, gdzie te czasy, kiedy i ja uważałem Stany Zjednoczone za rycerza światowej wolności…

A tata był zdania, że znów siedziałem na  tym debilnym internecie,  który roi się od zboczeńców, oszustów i chamów. Ano, roi, ale jak się wie, gdzie nie warto zaglądać… zresztą nima czasu na głupoty. Właściwie użyty Internet jest jak Biblioteka Jagiellońska. Trudno przestać, bo tyle tam wiedzy wszelakiej człek odkrywa… To akurat powiem kiedyś mamie, by nie utyskiwała na moje siedzenie przy komputerze.

Tato, umoczyłeś w herbacie łyżeczkę od cukru…  No, to był koniec spokoju. Człowiek zdobył kosmos, upadł Związek Radziecki, Polska jest w Unii… a tata jak maczał, tak macza łyżkę w herbacie i niezmiennie, kategorycznie temu zaprzecza.

Pogodziliśmy się dopiero po obiedzie. Trochę się o niego martwię, bo mam wrażenie, że gorzej się czuje, choć i temu zaprzecza. Między innymi dlatego nie pojechałem w Lubuskie nocnym pociągiem po majowe trofeum z Allegro.

Ech… jak to uciekło. W maju u mamy wykryto raka, wkrótce musiałem zawieźć do szpitala tatę. I z maja zrobił się styczeń. No, ze stycznia – pogodowo – marzec, więc trzeba by się pod chmurką chwycić rozrusznika Fiesty… Demontaż nie powinien być trudny. Za tydzień będę musiał godzić opiekę nad tatą z zastępstwami w przychodni…

blog

doktór chce na Białoruś

… pojechać. No bo w repotrażu wyczytał:

Na zahradě před kostelem stojí socha Jana Pavla II. Přičemž socha Lenina z druhé strany ulice ukazuje rukou se zdviženým prstem přesně tímto směrem, jako kdyby říkala: „Co ten tady dělá?”

Ech, kiedy patrzę na zdjęcia ze współczesnej Białorusi, nie mogę się oprzeć wrażeniu: cholera, ostatni kawałek normalnego świata. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że wrażenia nie podlegają jurysdykcji.

Jak była ta sławetna grypa (ptasia, świńska, już mi się to myli, trochę jak numeracja Najjaśniejszej RP…) – jedyny Łukaszenka palnął prosto z mostu: nie ma żadnej epidemii, jest tylko pazerność zachodnich firm farmaceutycznych.

No, doktór też tak mówił, ale nikt go za bardzo nie słuchał.

… tagi na kartki, przepraszam, zapomniałem.

blog

osłabiona odporność

… po chemioterapii przeciwnowotworowej pewnie była przyczyną zapalenia płuc. Późno wieczorem wezwanie do starszego pana. Jedziemy do odległego przysiółku, drogą, gdzie karetka z biedą wyminie się z innym autem.

Dom zbudowany w latach 70. Pacjent był kierowcą ciężarówki. Jeździł pan starami? Nie tylko, były i jelcze.

Dzisiaj nie chce jechać do szpitala. Ten dom pewnie wybudował ze swej dobrej pensji w latach PRL. Dziś już buduje się inne domy, towary wozi innymi autami. Jakoś tak smutno, kiedy się widzi przemijanie, resztki dawnej świetności.

Wypisałem skierowanie do szpitala, ale pacjenta zostawiłem w domu. Gdyby się namyślił, może go zawieźć rodzina. Nie dziwię się, że chciał zostać w domu. Ostatnio stale przebywał w szpitalach. Jak mój tata…

felietony

felieton na 6 sierpnia 2010

W okrążeniu

We wtorkowe popołudnie tematem numer jeden jest dla mnie Tour de Pologne. Nie tylko dlatego, że jestem miłośnikiem kolarstwa. Znaczna część miasta znajdzie się w kilkugodzinnym okrążeniu, a może w tym czasie przyjechać autobusem z Gliwic moja chora mama. Auto przeparkowałem, objazd wymyśliłem, czekam… i wspominam.

Rok 1973. Stoimy koło Muzeum Lenina w Poroninie. Boże, jadą! – krzyczy ktoś. Na czele peletonu Bartoníček, ale i tak wygrał mój faworyt, Szurkowski. A dziś? Wyścig Pokoju od kilku lat zawieszony. Nie mają ostatnio szczęścia sztandarowe przedsięwzięcia PRL – Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, Centrum Zdrowia Matki Polki. Nawet Festiwal Piosenki Czeskiej i Słowackiej w Ustroniu zlikwidowano. Prócz „trudności obiektywnych“ (uroczy zwrot z tamtej epoki) czuję w tym wszystkim nutkę antykomunizmu. Litości! Do Zielonej Góry powróciła piosenka rosyjska. Im już przeszło.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 3 VIII 2010

blog

szewski dyżur

Właściwie kaletniczy – jak tylko się ulotniła Szefka,  wyskoczyłem do Biedronki po prażynki i dokonałem typowo biedronkowego zakupu – zestaw dziurkacza rewolwerowego, nitowacza i oczek. I dwa zeszyty, choć mam ich hałdę. Ale takie tanie i ladne, a przecież każde auto powinno mieć dziennik pokładowy. Ech, te prażynki ziemniaczane kojarzą się mi z PRL-owskimi wakacjami w Rabce. I z nalepkami na samochody w postaci czerwonego owalu z rokiem. Widzę jak dziś gołąbkowe Syrenki z takimi nalepkami z tyłu, pamiętam 1970, 1969… Jeszcze nie było modelu 105, drzwi otwierały się po staremu. Jeszcze nie palili komitetów.

I tak źle było? Wróć się, czasie…

Mama dostała dziś jod i czuje się nieźle. Tata zaokrętował się na bielskiej urologii. Dana zmieniła doktorkę i ma iść na parę dni do szpitala.

Obydwoje bardzo byśmy chcieli wreszcie się urwać na kolejny vandr

Wypłatę dali. O godzinę za mało mi policzyli, jak zastępowałem Tadeusza. Tym samym dostałem o 10 zł mniej, niż się należało. Trzeba się upomnieć.

A w Zakopcu mieli fajowe koszulki: Udaję, że pracuję, oni udają, że mi płacą. Albo na opak? Trzeba było kupić, kosztowały tylko 2 i pół godziny doktorskiej roboty…

No psia mać, tagi na kartki? Tylko 7 wolno? Nawet w PRL blogowanie nie było reglamentowane…

blog

wnerw i trofeum

Wczoraj przed snem odpakowałem DVD z filmem Nie lubię poniedziałku i nieźle się wkurzyłem. Niejaki Michał Ogórek napisał do niego jedynie słuszny wstęp. No pewnie, treba ludziom powiedzieć, że w PRL-u nie było aż tak fajnie (jak w filmie). Gdyby w latach stalinowskich pokazywali jakąś komedię amerykańską, też by musiał jakiś politruk zadbać o stosowny komentarz.

Kładłem się spać wkurzony, zbudził mnie telefon, o dziewiątej nad ranem. Ssyn przestał dzwonić, zanim dobrnąłem do przedpokoju. Potem się dowiedziałem, że to chyba Tadeusz – z zapytaniem, co ja na jego SMS-a. A czy ja byznyśmen jaki, żeby komórę furt ładował i SIM-kę z nadmiaru miłosnych SMS-ów czyścił? Propozycja zastępstwa – jutro, 24 godziny. OK.

Rozpakowałem wielką pakę, czekającą od megadyżuru pod krzaczkiem w ogrodzie. Oczywiście, ogromny magnetofon trochę się potłukł. Piszę maila do allegrowego nadawcy paczki, a tu dzwonek do drzwi!!! Biedny tata. Ja mam nerwy w kiblu (tak się to po czesku mawia), więc jakiekolwiek dodatkowe obciążenie skutkuje niekontrolowanym wybuchem.

Po obiedzie – wyjazd pociągiem po przetwornicę do samochodowego radia lampowego. Rzadka rzecz, właściwie część układu radioodbiornika, ale nie dość, że awaryjna, to zwykle jej brakuje. Trochę taniej, niż pocztą, ładna trasa. I miły kontrahent, starszy pan; czekał na mnie wraz z żoną na stacji. I sobie ponarzekaliśmy na kapitalizm, choć ani razu to słowo nie padło. W sąsiedztwie Koreańczycy uruchomili fabrykę samochodów.

W drodze powrotnej siedziałem w ostatnim wagonie doczepnym szynobusu i pstryknąłem niecodzienne ujęcie zachodzącego słońca.

A tak w ogóle to zauważyłem, że mimo porannej śnieżycy, drogi były czarne i można było śmiało jechać na rowerze. Za parę dni ma być naprawdę wiosennie.

A co z Daną? Miała dziś wizytę u nefrologa. Czekam na wieści. O, mowa o wilku – a wilczyca na Skype…