blog

spacer w słońcu

Dana rozpromieniła się, wychodząc od lekarza specjalisty. Do mojego dyżuru zostało ładnych parę godzin, więc postanowiliśmy wyskoczyć na zakupy do komisu w Hawierzowie na Zaolziu.

Po wyjściu z autobusu szliśmy, trzymając się za ręce, szerokimi alejami tego socjalistycznego miasta. Wokół nas – kwitnące drzewa, skąpane w słońcu. Dana nie mogła sobie przypomnieć, gdzie znajduje się komis, który kiedyś odkryła, więc przeszliśmy całe miasto na przełaj.

Okazało się, że komis, który znam ja, to nie ten sam. W końcu znaleźliśmy i ten drugi. Dana wyszukała w nim śliczną porcelanę, ale nie mieliśmy tyle pieniędzy. Ostatecznie zamiast deski do prasowania kupiliśmy (pół)wiekowy rower*) i pospieszyliśmy na stację.

*) Favorit, jeszcze z dźwigniową przerzutką przednią 

Na ostatniej platformie ekspresu, jadącego na Słowację, popijaliśmy wodę mineralną, a konduktor, który nas strofował na peronie, zachwycał się naszym nabytkiem i podarował nam opłatę bagażową.

Tego dnia cały świat się do nas uśmiechał, a my do niego. I do siebie.

Niech tak zostanie. 

blog

doktór panem domu

… i wcale mu rola  Hausmanna*)  nie wydaje się degradująca.

*) moje prywatne słowotwórstwo, parafraza Hausfrau

Dziś cały dzień spędziłem z tatą. No, prawie cały. Po obiedzie wyskoczyłem na zakupy. Dobrze, że nareszcie mam plecak, brak mi jednak coraz bardziej roweru. Przy powrocie ze sklepów czekało na mnie zaskoczenie.

Nie wystrasz się, bo ja leżę – słyszę spokojny głos taty. Upadł w pokoju, chcąc zapalić stojącą lampę. Leżał tak ponad godzinę i zmarzł. Telefon zostawił w innym pokoju. Na szczęście nic mu się przy upadku nie stało. Zaraz mu dałem gorącej herbaty i zagrzaliśmy wędzone udko z kurczaka, kupione w ALDI. Tata nie skrywał niezadowolenia, bo miałem przynieść kurczaka z rożna, z pachnącą skórką…

Kiedy zobaczył kompot z brzoskwiń, zaraz dostał na niego smak. I jeszcze się przyznał, widząc jak wyjmuję z plecaka fasolkę po bretońsku, że włamał się do poprzedniego słoika. Wstawił go z powrotem do kredensu… Tato, co ty znów narobiłeś? Fasolka się mogła zepsuć… Coś nie wierzę, że włamanie nastąpiło dzisiaj. No nic, podejrzany słoik dałem do lodówki, jutro spróbuję czy nadaje się na obiad…

blog

z poślizgiem

… dojechałem do domu, na świeżo kupionym rowerze. Godzina spóźnienia, głównie z powodu śliskiej drogi lokalnej, która jest częścią mojej trasy rowerowej z Ostrawy. Rower używany, za grosze, po przeróbce. Pierwszy raz jechałem po śniegu na tak wąskich oponach, konkretnie tylnej. Od biedy się da. Ale zmiana biegów przy pomocy obrotowej rękojeści jak na razie nie przypadła mi do gustu. Nigdy wcześniej nie jechałem na takim rowerze… i po cichu zazdrościłem posiadaczom tego typu manetek. No nic, trudno oceniać manetki, jeśli przerzutki są rozregulowane. A wartość roweru spoczywa w jego ramie z widelcem (Favorit), skórzanym siodle i górskiej fajce kierownicy.

Nieźle zmarzłem pod koniec jazdy. Zawsze w zimie bardziej mi w jeździe na rowerze przeszkadzało zimno, niż śliskość. Marzną dłonie i stopy.

Tata w szpitalu znów mówił trochę od rzeczy. Znów nie chciał zażyć lekarstw, kłócił się ze mną.

W wyborach oddałem głos na kandydata, który wydawał mi się mniej zły. Niech żyje demokracja.

blog

dializa i przeszczep

Tata był dziś bardzo słaby, smutny. Może to tylko wynik osłabienia biegunką? Nad ranem będzie miał kolejną dializę. Zobaczymy.

Jego synalek wieczorem udał się do piwnicy, by pobrać materiał do przeszczepu. Dawcą była spłuczka klozetowa, przyniesiona z jakiegoś śmietnika, by… stać się pojemnikiem bagażowym do roweru. Na bok bagażnika tylnego. Projekt jak dotąd czeka na grant z EU lub chwilkę wolnego czasu autora…

… a na razie wnętrzności pozwoliły prowizorycznie naprawić spłuczkę przy WC. Niestety, nie jest to ten sam typ, ale od biedy działa, a przy okazji wmontowane części się przerobi. Chyba wystarczy skrócić jedną z rurek.

P.S. Ktoś spyta, po co naprawiać starą spłuczkę? Jest bardzo ładna, a wymiana na nową wymaga wiercenia w ścianie, dopasowywania rury spustowej. No i nie wierzę, by nowa spłuczka wytrzymała ponad 35 lat eksploatacji.

blog

gościem w swym domu

… doktór dziś był.

Zapłacić za zakupioną na Aukro książkę o sekretach Windows 95. Kupić myszkę niesfornej Toshibie, bo od jej  łechtaczki doktora palec rozbolał.

Auto zaparkowane, do miasta – rowerem. Ale gdzie jest pompka? No nima. Była w sieni. Kiedyś. A ten rower ma wentyle samochodowe, od innego nie pasuje. Ech, tak to jest jak się w domu nie mieszka.

Napompował doktór zagranicą, na stacji benzynowej. Auto by też można, ale nie ma badań, a doktór – dokumentów. Rowerem bezpieczniej.

Zamiana dyżurów – ja mam jutro, Tadeusz idzie do dentysty. Tak przynajmiej powiedział.

blog

kolejny etap

Koło mojego domu przejechał kilka razy peleton Tour de Pologne. Wczoraj w nocy sam pokonałem tę pętlę na swoim Favoricie (w dzień nie wypadało – kilka ulic pod prąd). No, moja kondycja na razie nie jest wyczynowa.

4. etap Tour de Pologne

Ten zawodnik pojawił się samotnie jako pierwszy, spory kawał przed peletonem (fotka jest z kolejnego okrążenia), ale jednak nie wygrał etapu. Jeśli czegoś nie pokręciłem, jest to Johnny Hoogerland z Holandii. Szkoda, że numery startowe gubią się wśród reklam. Na Wyścigu Pokoju numery były doskonale widoczne. No i wzrok się miało lepszy.

Trochę zamieszania było przez ten wyścig, zwłaszcza że zrobili po mieście 3 pełne okrążenia, łącznie z wjazdem na pętlę 4 razy przejechali przez metę. Jeden z zawodników podobno za trzecim razem myślał, że to ostatnie podejście i źle rozłożył siły. Żal mi go, ale po części wszystkich – jechać wśród aut i motocykli… To zdecydowanie inny rodzaj kolarstwa, niż ja uprawiam, ale chyba i oni by woleli ścigać się w innych warunkach.

Mama jutro wychodzi ze szpitala, tata ma operację w poniedziałek. Dana ma jakiś problem, który chce ze mną omówić.

blog

majowy czyn doktora

… polegał na naprawieniu roweru marki Favorit. Kupiony w listopadzie, miał luz w korbowodzie. Zimę przeczekał pod folią na podwórku. Klin chyba był za gruby i nie wszedł dostatecznie głęboko*). Doktór starał się nie jeździć, by uszkodzenia nie powiększyć. No i opłaciło się, ośka tylko minimalnie wykiwana.

Na wyjazd urlopowy chyba jednak Waganta wyszykuję. W sumie wystarczy wymienić tylną oś. Od czego się stale krzywi (i później pęka)? Od ciężaru czy od ciągu łańcucha? Tak czy owak oznaczę pozycję osi, którą stronę w górę, by po demontażu koła nie zmieniał się kierunek działania siły.

No niestety, konstrukcja tego roweru nie może podołać turystyce ekspedycyjnej. Jak w końcu poskładam jego następcę, Wagant zostanie jako sentymentalny pojazd do lekkiej turystyki szosowej. Dostałem go od taty na 15. urodziny…

Jazda próbna… Parkingi osiedlowe, gdzie jeszcze przed 10 laty było pełno aut z PRL. Uliczka, gdzie uczyłem się jeździć na składaku… Mam wrażenie, że to nadal ten sam asfalt. Ale już nie zajadę drogi warszawie…

*) przed użyciem klina sprawdzam, jak wchodzi do korby, zdjętej z osi

blog

wiosenne ożywienie

Wczoraj pierwszy raz w tym roku wsiadłem na rower. Zawsze jeździłem w zimie, tym razem zrezygnowałem wobec braku sprawnego roweru i dezorganizacji warsztatu po ataku grzyba. Jechało się nieźle, choć kondycja na razie taka sobie. Moja. Rowerowi doskwiera duży luz korbowodu (w takim stanie go kupiłem w listopadzie). Obawiam się, że nie wystarczy wymiana klina, chyba trzeba będzie dać nową oś. Nie wiem tylko, czy ją zdobędę, bo fabrykę diabli wzięli (marka Favorit wprawdzie nadal istnieje, podobnie jak związek zawodowy Solidarność, ale to już tylko puste słowo…).

Na naprawę roweru nie było dziś czasu. Chwyciłem się prac w ogrodzie. Bez pardonu radyklanie podciąłem krzaki złotego deszczu. Zawsze mi było żal tych gałązek, puszczających o przedwiośniu pąki. No i potem w lecie już bezkwietny krzak przelewał się, złoszcząc sąsiada i zacieniając małe choinki, na dziko wykopane w lesie. Śliczna mała sosenka, przyniesiona w zeszłym roku ze Słowacji, przyjęła się. A pod jabłonią, odrastającą z pieńka, pojawił się maciupeńki cis, pewnie nieślubne potomstwo tego, który przed rokiem zniszczyły wodociągi. Przesadzić i poczekać.

… jak będzie duży, ja będę stary. Czekanie to nie jest sposób na życie. Nie w moim wieku…

Przepraszam, gdzie życie ma przycisk Turbo?

blog

cisza na blogu

Ubywa czytelników, ubywa komentarzy. Wygląda na to, że mój blog jest coraz mniej ciekawą lekturą. Nic dziwnego, jest odbiciem życia, a ono właśnie takie odczucia ostatnio we mnie budzi.

Udało mi się wreszcze zdobyć przekładnię do rowerowego prędkościomierza marki Huret. To był mój pierwszy tachometr przy Wagancie, w swoim czasie niezły szpan… W końcu się uszkodził, chyba nawet wiem, dlaczego. Potem był inny, wkrótce wysiadł, dalej – komputerek, którego nigdy specjalnie nie pokochałem. Już choćby dlatego, że nawalają mu znienacka baterie i gubi wskazania przebytej drogi.

Tak… wkrótce będę mógł znów zainstalować swój ukochany tachometr. Tylko czy można zatrzymać czas? Nie pozwolić mu uciec w nicość, tak jak ginęły mi przejechane kilometry przy wyładowaniu się baterii?

No i problem praktyczny: chcę zamontować przednią piastę z prądnicą. Czy da się pogodzić z przekładnią prędkościomierza? Bo własna elektrownia w rowerze to jedno z dawnych marzeń (dziś o tyle aktualniejsze, że mam aparat cyfrowy). Prędkościomierz spełnił się dużo wcześniej… Czy można pogodzić stare marzenia z nowymi?

Niech już będzie wiosna. Trzeba szykować nowy rower. Trzeba się szykować do nowego życia.