Dana rozpromieniła się, wychodząc od lekarza specjalisty. Do mojego dyżuru zostało ładnych parę godzin, więc postanowiliśmy wyskoczyć na zakupy do komisu w Hawierzowie na Zaolziu.
Po wyjściu z autobusu szliśmy, trzymając się za ręce, szerokimi alejami tego socjalistycznego miasta. Wokół nas – kwitnące drzewa, skąpane w słońcu. Dana nie mogła sobie przypomnieć, gdzie znajduje się komis, który kiedyś odkryła, więc przeszliśmy całe miasto na przełaj.
Okazało się, że komis, który znam ja, to nie ten sam. W końcu znaleźliśmy i ten drugi. Dana wyszukała w nim śliczną porcelanę, ale nie mieliśmy tyle pieniędzy. Ostatecznie zamiast deski do prasowania kupiliśmy (pół)wiekowy rower*) i pospieszyliśmy na stację.
*) Favorit, jeszcze z dźwigniową przerzutką przednią
Na ostatniej platformie ekspresu, jadącego na Słowację, popijaliśmy wodę mineralną, a konduktor, który nas strofował na peronie, zachwycał się naszym nabytkiem i podarował nam opłatę bagażową.
Tego dnia cały świat się do nas uśmiechał, a my do niego. I do siebie.
Niech tak zostanie.
