W nocy znowu stanął.
Doktór wylazł z barłogu po dziesiątej, zjadł śniadanie i napisał pożegnalny list do narzeczonej. Bo nigdy nic nie wiadomo; gdzieś po kątach leżą odłogiem jakieś niepełnoletnie desktopy i laptopy, nawet USB mają, ale diabeł je ogonem nakrył. W sumie bez sensu ten list, bo dopóki się oboje nie zalogują do Skype, to druga strona go nie przeczyta (a Gadu-Gadu sobie wykasowała, na złość).
Zdjął (monitor), rozebrał (desktopa) i wyjął (to, co trzeba).
Udał się do miasta w skarpetkach z Miasta. I po raz pierwszy tej zimy było mu w nogi ciepło.
Kupił, przyniósł, włożył.
Ha! Komputer się odkorował. Zapomniał datę, godzinę, nastawienia BIOS-u wszelakie. To jak on to robił? Zegar mu stawał, ale pamiętał, kiedy stanął, tudzież wszelkie BIOS-u ustawienia.
Doktór nie toleruje żadnych Legacy-Free. Doktór ciągnie za sobą ogon DOS-u, PS/2, PRL-u. I wszystko musi być z tym kompatybilne.
Schowaj i zdechnij (Save and Exit) – mówi doktór do kompa.
Ale on żyje. I, wbrew pozorom, o to chodziło.
Będzie można znów żyć po bożemu – jak powiedziała pani Dulska, pozbywając się ciężarnej kochanki swojego synalka.
P.S. gdzie doktór kupił skarpetki?