Rano wymiana kół w Polonezie na letnie (póki do następnej zimy daleko). Potem do dentystki, po drodze, na poczcie – odbezpieczenie mojego ukochanego Kombi, lata ma i wreszcie też orzeczenie o zabytkowości. Oj, powietrze mu ucieka… trzeba kupić pompkę, ale nie w Biedronce, ta nie napompowała Poloneza, akurat miała mieć swoją premierę.
Dentystka za friko to mi może zęba tylko wyrwać. Tego, co dziś truła. Gdybym wiedział, że za znieczulenie weźmie 20 złociszów, wolałbym cierpieć. A, kasy fiskalnej pani doktorka nima. Albo nie używa.
Zabieg u taty odłożony. On sam – zjeżony, wściekły na wszystko; chyba wynik mocznicy. Więźniom w Oświęcimiu dawali lepsze żarcie. W sukurs przybywa Urszula, odwiezie tatę z bufetu z powrotem na odddział. Bo ja muszę pędzić do roboty.
W rzęsistym deszczu idę do Poloneza, stoi daleko, bo przecie szpitala sponsorować nie będę.
Dyżur w przychodni, dopiero wieczorem rozpakowuję przesyłkę. Stary album o Żylinie. Ach, ludzie na ulicach, autobusy Škoda RTO (czechosłowacki oryginał licencyjnego Jelcza „ogórka”).
Rozmowa z Daną na Skype. Ech, życie nie jest łatwe.