felietony

felieton na 2 lipca 2010

Znów na Kikuli

Co roku muszę tam pójść. Zwykle ze dwa razy. Urok tego miejsca odkryłem przypadkiem: na jednej z map zaznaczono nowy szlak. Okazało się, że jest zlikwidowany. Znaki zamalowano. Komu przeszkadzali turyści? Na pewno nie chodziły tam tłumy. Nikomu nie wadzę, żadnych zakazów nie ma. Miejscowi mnie pozdrawiają, jak każe stary zwyczaj. Mogę swą Kikulę do woli odwiedzać. Zastanawiam się tylko, czy ten sposób turystyki skazano na powolne wymarcie? Skromnych, tanich noclegów i posiłków już się nie oferuje. Na stolikach przed pewnym schroniskiem widnieje zakaz spożywania własnych wiktuałów. Namiotu prawie nigdzie nie wolno rozbić. Kursów komunikacji publicznej ubywa. Na Kikulę mogę się od biedy wybrać autem, bo wyjątkowo trasa kończy się tam, gdzie zaczyna. Marsz na prawie cały dzień. Czytelnika nurtuje pytanie: która to Kikula?

Moja. Na całej trasie nie spotkałem innego turysty.

Dla „Dziennika Zachodniego“, 30 VI 2010