blog

prawie spokojny powrót

Na spotkanie klubowe dotarliśmy bez zakłóceń. Giełda dość skromna, ale udało mi się kupić parę ciekawych rzeczy. Nie kupiłem żadnych knotów i właściwie nic wartościowego nie uciekło mi sprzed nosa – to zawsze grozi w trakcie podobnych gorączkowych akcji.

Tata pogodny (telefonowałem do niego z Czech 3 razy), uzgodniliśmy, że przyjadę dopiero jutro.

Pociąg powrotny tradycyjnie zapchany, usiadłem dopiero w połowie drogi z Pragi. Mały horrorek przy odjeździe autem spod dworca: jakaś furgonetka przy samej granicy, zawczasu skręciłem w boczną uliczkę i idę na zwiady… na szczęście nie była to policja (ani Fiesta, ani ja nie mamy w porządku swych papierów…).

Podjeżdżam pod dom. Na furtce sąsiada – klepsydra. A jeszcze miesiąc temu dzwoniłem do niego, by przekazać mamie wiadomość, że chyba źle odłożyła słuchawkę. Odebrała siostra sąsiada, mówiąc, że jest w szpitalu. Chyba udar mózgu. Z opisu objawów zorientowałem się, że stan jest poważny, ale w natłoku spraw wkrótce o sąsiedzie zapomniałem…