Rano było słonecznie. Praca szła mi świetnie. Postanowiłem uporządkować większy obszar, niż początkowo zamierzałem. Przyjechał pacjent po kolejne (trochę) naciągane zwolnienie. Przywiózł flaszkę i tradycyjnie nie może mi pomóc w niczym ze swojej branży.
Potem – dzwoni telefon. Odbieram zdenerwowany, bo podniesienie słuchawki zerwie mi połączenie internetowe (powodem jest chyba brak filtru przy jednym z telefonów), a właśnie ściągałem kolejną płytę (legalną jak moje zatrudnienie).
Mam ci coś ważnego do przekazania.. Chciałbym, żebyś jak najszybciej przyjechał…
Jakaś zła nowina, tato?
Czuję się bardzo słaby, chyba muszę iść do szpitala. Musimy omówić sprawy spadkowe.
Kiedy jedzie autobus? Po drodze wstępuję do szpitala – odwiedzić mamę i uzgodnić ewentualne przyjęcie taty.
Zbiera się na burzę. Wysiadłem z autobusu, idę jak w transie. Tatusiu, kiedyś, wracając z pracy, na sąsiedniej ulicy kupiłeś mi rower, tego mojego Waganta… Dostałem go potem na 15. urodziny. Jak ten czas płynie…
Nie jest tak źle, krwawienia dzisiaj ustały. Pogadaliśmy od serca. Jutro tata idzie do onkologa.