blog

wyszło słońce 23

… i zaraz się doktorowi poprawił humor.

Również dlatego, że dał zdrowy odpór kapitalistycznym naciągaczom, co mu przysłali segregator, trzy torby podróżne i 36 kart na temat urządzania ogrodu. To wszystko za jedyne 9,95 zł, ale…

… zanim by doktór skompletował całą serię, wykosztowałby się nieźle. Dokładnie nie wiadomo, bo nie podali, ile tych kart ma jeszcze być.

blog

porządków ciąg dalszy

W sumie nudne, ale potrzebne.

Zamiast deszczu była dość dobra pogoda, więc ognisko nadal się tliło. Popiół rozrzuci się łopatą po ogrodzie. Na drugi raz świeże gałęzie pójdą na kupę, by wyschły. A potem będzie można rozpalić normalne ognisko, nie taką wędzarnię.

Porządkowałem zapiski finansowe – ile mi kto jest winien. Założyłem nawet odpowiedni skoroszyt, ale utonął pod stertą innych papierów. Plik Excela? Z jednym znajomym się tak rozliczam. Ale przy papierowej dokumentacji mniej się boję o nagłą utratę danych.

Mama już śpi, listonosze i inkasenci w nocy nie chodzą. Czyli można rozgrzebać graty w sieni.

Wreszcie dostać się do sprzętu turystycznego i map. Bo oboje z Daną już nie możemy się doczekać pierwszego wiosennego vandru.

blog

wiosenne ożywienie

Wczoraj pierwszy raz w tym roku wsiadłem na rower. Zawsze jeździłem w zimie, tym razem zrezygnowałem wobec braku sprawnego roweru i dezorganizacji warsztatu po ataku grzyba. Jechało się nieźle, choć kondycja na razie taka sobie. Moja. Rowerowi doskwiera duży luz korbowodu (w takim stanie go kupiłem w listopadzie). Obawiam się, że nie wystarczy wymiana klina, chyba trzeba będzie dać nową oś. Nie wiem tylko, czy ją zdobędę, bo fabrykę diabli wzięli (marka Favorit wprawdzie nadal istnieje, podobnie jak związek zawodowy Solidarność, ale to już tylko puste słowo…).

Na naprawę roweru nie było dziś czasu. Chwyciłem się prac w ogrodzie. Bez pardonu radyklanie podciąłem krzaki złotego deszczu. Zawsze mi było żal tych gałązek, puszczających o przedwiośniu pąki. No i potem w lecie już bezkwietny krzak przelewał się, złoszcząc sąsiada i zacieniając małe choinki, na dziko wykopane w lesie. Śliczna mała sosenka, przyniesiona w zeszłym roku ze Słowacji, przyjęła się. A pod jabłonią, odrastającą z pieńka, pojawił się maciupeńki cis, pewnie nieślubne potomstwo tego, który przed rokiem zniszczyły wodociągi. Przesadzić i poczekać.

… jak będzie duży, ja będę stary. Czekanie to nie jest sposób na życie. Nie w moim wieku…

Przepraszam, gdzie życie ma przycisk Turbo?

blog

Opera-cje wiosenne

Rano mamie pypeć pod okiem ucięli. Z wszelkimi szykanami (ja bym go żyletką…): oględziny, termin, znieczulenie, szew, termin do odwsze pardon, odszwienia.

Potem w drodze powrotnej od chirurga operacja specjalna: najazd na Kaufland i szturm do autobusu z motyką, grabiami i sekatorem. Bo wiosna szaleje, ogródek domaga się pieszczot.

Teraz na odmianę doktór wyciągnął z komputerowego szabaśnika zachomikowanego instalatora Opery 10.00, zainstalował ją i profilaktycznie wykastrował, coby jej chuć do aktualizacji na wieki wieków amen(t) odebrać. No bo się te Opery nowsze same aktualizują, nie pytając doktora o błogosławieństwo*). W efekcie nie dość, że makijaż dziwny mają, to niektóre funkcye działać nie chcą. Logowanie na Allegro trwa w nieskończoność, a przycisk powrotu do głównej strony danego serwera pojechał sobie na wczasy**).

S Operou 10.00 na věčné časy a nikdy jinak!

P.S. w oryginale było se Sovětským svazem

*) jednak nie, choć chyba się tak właśnie chwalili; w nastawieniach wersji 10.51 nadal można wybrać, czy chce się aktualizacji automatycznych; może teraz jest to wybór domyślny.

**) powrót z wczasów nie był trudny: dodatkowe przyciski nawigacyjne można przeciągnąć myszą z odpowiedniej zakładki; po co jednak instalator nowej wersji rządzi się w mojej Operze jak radziecki kosmonauta w Ikei?

blog

niepewność

… dręczy doktora. Wczoraj dzwonił tata, jakiś podenerwowany, że na święta wpadnie tylko na chwilę. Niby z powodu panującego u mnie w domu rozgardiaszu, żeby dodatkowo sprawy nie komplikować… Obydwoje z mamą odnieśliśmy wrażenie, że przyczyna może być inna – zdrowotna? Może się wstydzi swych problemów z nietrzymaniem moczu? Oby nic gorszego…

A Dana? Miotają nią rozterki. Nie mogę dłużej tak żyć, w poczekalni… Nie jestem też pewien, co w końcu z jej nerkami i ciśnieniem.

Wiosna po prostu już jest, choć chwilami jeszcze chłodno. Rower któryś trzeba do jazdy przyszykować. Malucha połatać zdobycznymi częściami.

Co to się ze mną dzieje? Wolne mam (od przychodni), o jakim przed rokiem mogłem sobie tylko pomarzyć, paraliżujące zimno się skończyło, a ja wciąż nie mogą nabrać tempa w swoich pracach…

Dręczy mnie jakiś niepokój…

blog

wiosenne prace

… na doktora czekają. I szczekają, wręcz szczerzą kły.

Bo i wiosna wreszcie nadeszła. Skończył się paraliżujący chłód, ale zagrażają wiosenne deszcze. Rynny i dach trzeba naprawić.

… a tu by się chciało na vandr

Na razie zaczął doktór odgracanie pokoju, bo zapodział gdzieś oryginał zwolnienia chorobowego, za które dostał koniak. Wprawdzie mu nie smakował, ale…

Po obiedzie rodzicielka wyciągnęła doktora do Kauflandu po drabinkę na róże, ale została zdyskwalifikowana (drabinka). Doktór udał się po sąsiedzku z długą roboczą wizytą do Fidel-Castro-Ramy, by stwierdzić, że sekatory są tańsze w poprzednim markecie, ale drzwi nie są kosmicznie drogie, więc tych zeżartych grzybem nie będzie się łatać. Drabinek na róże tradycyjnie nie mają, ale kupi się pręty i da zespawać.

Drabinę budowlaną kupić trzeba. No trudno, będzie droższa od auta, ale w końcu auto nie ma tylu szczebli. Może nawet dwie się kupi, bo pojedyncze przęsło największej drabiny może być za długie do niektórych prac.

I piły doktór kupił dwie. Jedna ramowa, przydać się może i na vandr.

blog

wiosna jutro?

Dziś jednak nie przyszła.

Po dyżurze trochę się w domu zdrzemnąłem, choć nie było nocnych wezwań.

Pogoda na tyle niemiła, że zrezygnowałem z roweru i na oględziny Poloneza pojechałem autobusem. W sumie dobrze, bo gość tylko się ze mną umówił pod kościołem, oferowane auto miał gdzie indziej. Miałem jechać za nim… nie wziął pod uwagę, że przyjadę innym środkiem lokomocji. Mam wrażenie, że nie chciał zdradzić, gdzie mieszka. I nie przedstawił się.

Zawiózł mnie na budowę, otwiera garaż. Polonez zdecydowanie nie jest taki ładny, jak na fotkach, ma wyrdzewiałe dziury. Wiem, że go koledze nie polecę, ale kontynuuję oględziny.

Najciekawsze na koniec: pytam o OC. Nie ma, wypowiedział. Pytam, czy tak można? A co mu zrobią, skoro nie jeździ? Mówi, że za jedyne 100 złotych uwolni mnie od płacenia OC za auto, które bym miał na części. Pytam, jaką ma firmę. Nie ma. Przepisze moje auto na siebie – na papierze.

Głupek, czy kombinator? Bo o wartości swojego Poloneza Borewicza też ma nierealne wyobrażenie. 2300 złotych, a jak nie, to postoi i nabierze wartości.

Jutro już chyba przyjdzie ta wiosna? Bo tyle wiosennych zadań na mnie czeka – koło domu, pod autem, zajechać tu i tam na rowerze…

blog

przed megadyżurem…

który mnie czeka od piątku (dwa weekendy i tydzień pomiędzy nimi – Tadeusz bierze urlop), zrobiłem dziś zakupy żywności – konserwy, słodycze, zupki. W Biedronce oczywiście. Przy okazji otestuję kilka rodzajów tanich konserw, z myślą o rowerowych i pieszych wędrówkach.

Bo w powietrzu czuć już wiosnę. Dzwoniłem dziś do taty, słyszał śpiewy ptaków, które przylatują o przedwiośniu. Tato, tatusiu… obyś jeszcze wiele wiosen miał przed sobą. Kiedyś tak smutno powiedziałeś, że jedno marzenie już ci się nie spełni: zobaczyć Alpy. A dlaczego nie? Wyremontujemy moje Kombi, nauczę się po niemiecku… Tatusiu, poczekaj. Chcę cię jeszcze mieć…

Może na mój megadyżur zawita Dana?