blog

z poślizgiem

… dojechałem do domu, na świeżo kupionym rowerze. Godzina spóźnienia, głównie z powodu śliskiej drogi lokalnej, która jest częścią mojej trasy rowerowej z Ostrawy. Rower używany, za grosze, po przeróbce. Pierwszy raz jechałem po śniegu na tak wąskich oponach, konkretnie tylnej. Od biedy się da. Ale zmiana biegów przy pomocy obrotowej rękojeści jak na razie nie przypadła mi do gustu. Nigdy wcześniej nie jechałem na takim rowerze… i po cichu zazdrościłem posiadaczom tego typu manetek. No nic, trudno oceniać manetki, jeśli przerzutki są rozregulowane. A wartość roweru spoczywa w jego ramie z widelcem (Favorit), skórzanym siodle i górskiej fajce kierownicy.

Nieźle zmarzłem pod koniec jazdy. Zawsze w zimie bardziej mi w jeździe na rowerze przeszkadzało zimno, niż śliskość. Marzną dłonie i stopy.

Tata w szpitalu znów mówił trochę od rzeczy. Znów nie chciał zażyć lekarstw, kłócił się ze mną.

W wyborach oddałem głos na kandydata, który wydawał mi się mniej zły. Niech żyje demokracja.

blog

krótka niedziela

Obudziłem się wcześnie rano. Od roku nasze dyżury są lekkie, nocne wezwania są absolutną rzadkością. Od niedawna mam swój materac i sypiam w tej samej dyżurce, co Tadeusz, zdala od zgiełku porannego ruchu w przychodni. Ekipa przewozowa, z tupotem i strzelaniem drzwi udająca się koło szóstej na dializy, w dotychczasowym miejscu niemiłosiernie mnie budziła. To była cena za brak nocnych wezwań: współpracę ze Staruszkowem zakończyliśmy zeszłej wiosny, kiedy Szef podłapał kontrakt na te dializowe przewozy. No i w efekcie przez cały dzień karetka bywa niedostępna, w razie potrzeby ściągamy rezerwowego kierowcę… jeśli ma włączony telefon i nie ma innych ważnych zajęć. Bo taboru jest dość. Trochę dziwna organizacja pracy…

Rano wydawało się, że pogoda się psuje – na niebie baranki,  ochłodzenie. Ale pozbierała się, co mnie cieszy, bo w ogrodzie mam ogromny szwedzki telewizor (prawie jak Rubin 714), który miał być lampowy, a nie jest – ciekawe, co w takim razie w nim takie ciężkie? Zgoda, lampy ciężkie nie są, ale inne elementy lampowych układów, zwłaszcza trafa – swoje ważą.

Przed obiadem wybrałem się do taty do szpitala. O dziwo, mama też postanowiła tatę odwiedzić. Sprowadziliśmy go do lokalu wyborczego, bo chorzy musieli dotrzeć tam o własnych siłach. Sąsiad taty też się z nami załapał. Pielęgniarka nie mogła chorym pomóc w pójściu na wybory, bo była na oddziale jedna. Ciekawe, jaką mieli frekwencję…

Po powrocie do domu spałem, dyżur jednak prawie zawsze odsypiam.

Jutro trzeba się zająć autami. W sobotę jest zlot miłośników pojazdów FSO w okolicach Skierniewic, chyba przybiorę się TIR-em naszego milicjanta. Tak, ma milicyjnego Fiata 125p i nawet mundur. Dana może też pojedzie, choć ma do mnie daleko.

blog

doktór wybiera

Wybrał – swój sposób leczenia, jednak wziął antybiotyk, choć laryngolog go nie zaordynował. Czemu nie od razu? Czekało się na wizytę u specjalisty… i na oddanie plwociny do badania. Laryngolog spytał doktora, czy ten się osłuchał. Ha! Serce to się da, pola płucne (czyli plecy) – ciężko. Ale wiele wskazuje na to, że doktór ma zapalenie oskrzeli – a to już jest poza obszarem specjalności laryngologa.

Jutro wybór ważniejszy – co przez najbliższych kilka będzie parkować na doktorowym podwórku. Polonez Caro z przebiegiem 41 tysięcy km? Cena poniżej doktorowej płacy. Tylko czy toto świeci? I czy ma tak miłe wnętrze jak 125p? Się doktór przejedzie. A jak kupi – to gaz założy. Ludzie mądre mówiły, że zagazowane auta to zwykle już są trupy. Nie od gazu, od jeżdżenia (jak wiadomo, auta psują się głównie od dwu rzeczy: od jeżdżenia i od niejeżdżenia…).

A, prezydnta też się będzie wybierać. Doktór Mikkego, bo inteligentny i nieszkodliwy, i tak nie wygra. Rodziciele doktorowi – Kaczyńskiego. Niech mu będzie.