Obudziłem się nad ranem i z latarką pobiegłem z dyżurki do gabinetu, by sprawdzić, czy pliki dla Dany udało się ściągnąć. Są! No to siku i z powrotem do śpiwora.
Rano prawie spokój od pacjentów, słoneczko świeci. Ściągam rozpakowywacz i wypalacz, robię płyty instalacyjne dla Dany.
Szefa od rana nie ma, więc nie mogłem uzgodnić, kiedy się urwę. Dzwonię do taty, chyba się ma dobrze… Czuje się dennie, od rana nic nie jadł, a jest już po godzinie 17. Pytam, na co ma smak i zbieram się. Szybkie zakupy i jazda starą drogą. Nagle pod auto wbiega sarna. Nie widzę jej w lusterku, zresztą co mnie to… Po dobrych 100 m staję i oglądam samochód. Do wymiany zderzak, a blacharza i tak musimy zaliczyć. Jazda!
Tata marudny, nie pił herbaty, bo nowy czajnik mu śmierdzi. Nie mówię o sarnie, bo i tak jest już kłótnia. Odgrzewam tacie zamówiony obiad, wypijam herbatę, jemu gotuję w starym czajniku. No rzeczywiście, ten nowy śmierdzi (ale tacie tego nie mówię). Chyba jestem przeziębiony.
Zastrzyk i jazda. O włos od czołowego: ktoś MUSIAŁ wyprzedzić traktor, a ja przyzwyczajony jestem do ruchu prawostronnego… i przemęczony. Po drodze chciałem się rozglądnąć na miejscu wypadku z sarną… ale było już ciemno i nawet nie pamiętam, gdzie to dokładnie było. No i liczę na to, że Szef nie dowie się o mojej nieobecności, więc nie chcę się zatrzymywać.
Niestety, podczas mojego wypadu wrócili. Szefka się oczywiście spytała, czy jestem.
Dana przywiozła sobie dziś fretkę. Wyrzuca mi, że nie zainteresowałem się losem potrąconej sarny. Żal mi jej, ale co to zmieni?