Chyba rzeczywiście szła na mnie gorączka. Ale wygląda na to, że na koniec sobie poszła…
Dzionek niezły, na początek dwie wizyty domowe i trzecia zamówiona na popołudnie. Po porannej depacjentacji jazda do taty, po drodze zakupy i przebijanie się przez kilometrowe korki. I trzy sarny, których udało mi się nie potrącić. Pierwsze w moim kierowczym życiu wyjeżdżanie spomiędzy dwu samochodów z PLANOWYM stuknięciem w ten z tyłu (nawet nie obejrzałem zderzaka…).
Po powrocie od taty okazuje się, że trzecia z wizyt domowych zamieniła się w stwierdzenie zgonu. No trudno. Czytam kartę wypisową denata (wypuścili go w piątek): w stanie zadowalającym.
Doktór też zadowolony. Że przeżył poniedziałek.