blog

stęskniony tata

… czekał na mnie w kuchni. Zauważyłem, że ma na ręce skaleczenie. Wczoraj wieczorem potknął się i upadł, chcąc zgasić lampę. Coś ten duży pokój jest dla niego niebezpieczny…

Urwałem się z przychodni nie mówiąc, żę jadę do ojca.  Wyskakuję na chwilę, mam przy sobie telefon.  Kupiłem tacie niezbędny prowiant i wyjechałem na szosę, przysypaną świeżym śniegiem. Czułem, że jest ślisko, ale również, że panuję nad samochodem. Na rondzie w Bielsku widziałem, jak inne auto zamiata tyłkiem. A moje nie!

Przytuliłem tatę, zaparzyłem sobie herbatę. Taki cichy, zagubiony… Na nowo narysowałem mu schemat dzwonienia do mnie i Urszuli, z użyciem klawisza #.

Ty wiesz, że cię kocham… chociaż czasem na ciebie krzyczę…

Nie było mnie w przychodni prawie 2 godziny. Chyba nawet nie zauważyli, że tak długo. Nikt mnie w tym czasie nie szukał, załoga oglądała TV.

blog

Christmas Porno

… się doktorowi przeczytało. Zamiast Christmas Promo.

No tak, głodnemu chrupki na myśli… Albo ma doktór gorączkę i się mózg przegrzewa? Bo spanie w nieogrzewanej dyżurce to nie to samo, co spanie w lesie, w śniegu, ale w wojskowym śpiworze, kiedy z jednej strony tuli się dziewczyna, z drugiej – kosmaty pysk wiernej wilczycy…

Dzwoniła matka tego dziecka, co mu sami zaordynowali antybiotyk. Już dwa dni idzie i nadal gorączka. Doktorze, radź.

A doktór ściąga kolejny piracki plik (za karę Marcie Kubišovej, że poparła Aksamitną Rewolucję, ale doktór wtedy też ją popierał…) i popija kolejną herbatę…

blog

nocna pacjentka

Telefon. Czy o drugiej będzie jakiś lekarz?

Jakaś dziewczyna leci z Ameryki i jest chora. Pewnie miała przylecieć na święta, utknęła gdzieś po drodze i przeziębiła się.

Nie wiem, czy przyjdzie, ale i tak się nie kładę, pół dnia przedrzemałem w dyżurce. W kurtce i śpiworze.

blog

dyżur prawdziwie zimowy

… nie tylko dlatego, że w dyżurce nie działa kaloryfer.

Wieczorem sprawdziłem rozkład jazdy. O 7.20 powinien jechać PKS, godzina pasuje, a przewoźnik wiarygodny. Bałem się tylko, że zaśpię. No i żal mi było tej wewnątrzświątecznej nocy, wolałbym do późna czytać, potem spać jak suseł… Eine kleine Nachtmusik nastawiłem na 6.30.

Obudziłem się o piątej. Po chwili wstałem, zjadłem śniadanie, zacząłem się pakować. Niedowierzająco spoglądałem na zegary, jaki ten czas spory.

Wyszedłem z domu godzinę przed odjazdem (na dworzec jest 20 minut spacerkiem, z redakcją Guinnessa poproszę…). Śniegu napadało kilka cm, chrupie pod butami (czyli nie powinno być bardzo ślisko); spoglądam na lekko przysypanego Poloneza… Nie, jestem odpowiedzialnym kierowcą. Wczoraj dostałem wyraźny sygnał, jak bardzo nieodpowiednie mam opony.

Na dworcu zaczynał się ruch. Ktoś (pewnie od pociągu) czekał na kurs do Szczyrku. Mój autobus podjechał planowo, sanocki kurdupel. Silnik z przodu, prawie jak Jelcz. Ale – jak w reklamie: prawie robi dużą różnicę.  No trudno, to se nevrátí.  Grunt, że jedziemy. Miejscami lód, jak on to robi, że nie zamiata tyłkiem jak ja?

W przychodni spokój. Idę drzemać do dyżurki, mierzi mnie blogowa pyskówka ze Stahem. No trudno, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, a Polak na Poloneza, co z ziemi włoskiej do Polski (tak, tak, prototyp nie powstał na Żeraniu..).

Wstaję jak uczciwy człowiek, o jedenastej. Jaka ładna zima… Lekki mróz, śnieżek, nawet słońce chciałoby wyjść (z taką pewną nieśmiałością, pewnie potrzebuje podpasek…).

No i nie ma pacjentów. Życie lekarza bywa piękne, nawet w zimnej dyżurce.

… i jeszcze karpia dali, złowionego w przyrodzie. Nasz kierowcofryzjer, przy okazji mnie zestrzyże, bo trzeba fotkę do dowodu.

blog

doktór sam w domu

… a Polonez na letnich oponach.

Wyspałem się do oporu i jadę do taty. Najpierw musiałem pożyczyć skrobak, bo został we Fieście, a przez noc szyby Poloneza pokryły się warstwą lodu (nie szronu, trzeba było drzeć). Odśnieżyłem i dach, by nie prószyć – i ruszyłem w drogę, nie wiedząc że za chwilę mnie obróci.

U taty spędziłem 4 godziny. Zdrowieje, ma apetyt, zaczyna chodzić. Tylko co z nerkami? Po świętach pewnie czegoś się dowiem.

Powrót zamienił się w horror. Zawsze uważałem za palantów tych, co jeżdżą na oponach zimowych, tym razem sam wyszedłem na takiego. Nie mogłem wyjechać pod górę (nawet lekkie zaciągnięcie ręcznego i ruszanie z dwójki nie na wiele się zdało), na dwu skrzyżowaniach mnie znów obróciło. No tak, postawiłem znak równości między oponami normalnymi a letnimi. Niestety, Polonez ma te drugie. Porażka. A najgorsze, że moich ulubionych D-124 już nie robią. Na nich to jeździłem, kpiąc sobie ze zwolenników opon zimowych…

Dojechałem szczęśliwie. Uff… Do roboty jutro rano pojadę autobusem.

Spokojne, samotne popołudnie w mieszkaniu taty. Czytam Wyborczą, kupiłem ją dla płyty, ale jest co czytać. Świetny tekst o polskiej religijności. Niektórzy będą oburzeni.

Dana dopiero wieczorem pojawiła się na Skype, ma problemy ze swoją mamą, która też jest w szpitalu. Czy przyjedzie do mnie w poniedziałek? Jedno koło zimowe mam jako zapasowe, drugie od biedy mogę przywieźć autobusem…

blog

ostatnia nadzieja?

Rano pojechaliśmy karetką do szpitala w Bielsku. Akurat trwała wizyta, ordynator poprosił mnie o informacje o przebiegu choroby taty. Widać, że dobrze zarządzany oddział, a jego szef lubi podejmować się trudnych wyzwań. Od razu zaplanowali szereg badań. Po wizycie młody, sympatyczny stażysta spisał jeszcze raz wszystko, co mogłem o ojcu przekazać.

… ech, na początku każdej hospitalizacji taty jest chęć do diagnozowania, leczenia. I dyskretne narzekania na działania poprzedników. No, trochę jak po zmianie rządów czy I sekretarza Partii. A kończy się tak, jak ze spapranym autem, które stale zmienia właścicieli. Tata był znów w dobrym humorze i otwarcie powiedział, że w poprzednim szpitalu był celowo nieznośny, bo… obrzydła mu nerkowa dieta i chciał szybciej wyjść do domu.

Jak pięknie spod szpitala widać góry… Na przystanku ktoś napisał, że Chrystus na krzyżu był tylko odurzony, potem sobie normalnie żył i miał dzieci z Marią Magdaleną. Jadę ósemką, bo chcę wdepnąć do Izby Lekarskiej. A w Izbie… mili dla mnie. No bo co im zależy? Forsę i tak wyciągną, wszystko im jedno, z kogo. Nie, sądu koleżeńskiego u nas nie ma.

Po drodze kupuję przecenione pierogi wigilijne. Czy na oddziale mają mikrowelę (ciekawe, jak się na nią mówi poza Śląskiem…)?

Siadam na chwilę w mieszkaniu taty, robię herbatę, zagryzam strudel od Dany. Spoglądam na puste łóżko taty, przecież tu jeszcze wróci? Właściwie jest mi w tym mieszkaniu dobrze, jak w akademiku. Ogrzane, mam swoje wyrko, nawet lapa z netem (tego na studiach oczywiście nikt nie miał, jakieś blaszanki z DOS-em czy Win 3.1 może gdzieniegdzie były…).

Trzeba już iść na autobus. Na dworzec jadę na gapę. Przychodzę 2 minuty po odjeździe, ale autobusu jeszcze nie ma, jedzie z Warszawy. Inny jest spóźniony, już na niego nie liczyłem.  Stoimy w korku. Dzyń, dzyń, tu Izba Lekarska. Sprawdziliśmy, pana szef płacił składki, ale tylko za siebie. Jak coś, to rozłożymy panu na raty…

Ech…

blog

zimowy spokój

… w przychodni. Kilkoro pacjentów, żadnego wyjazdu. Wczorajsza pacjentka z migotaniem przedsionków widocznie została w szpitalu na dobre.

Rano przyjechała pacjentka z anginą, która od wczoraj usiłowała się do mnie dostać. Czopy na migdałach, kaszel z ropną plwociną; laryngolog kilka dni temu dał wziewny antybiotyk – Bioparox. Osobiście nie mam do niego przekonania, wypróbowałem go na sobie. Zapisałem antybiotyk doustny. Pacjentka ma do przychodni kilkanaście kilometrów, ale koniecznie chciała, bym ja ją leczył. Miała żal do rejestratorki, że ta nie podała jej mojego numeru komórkowego. Wytłumaczyłem pacjentce, że to ja nie zgadzam się na ujawnianie numeru.

Potem już spokój, siedzę sobie w necie, na chwilę wyskoczyłem do sklepu (z telefonem, którego numer jest tylko do wiadomości personelu). Mróz zelżał, lekko sypał śnieg. Ładna zima, Czesi mówią Ladovská – od malarza Josefa Lady, autora szeregu nastrojowych obrazków, głównie z życia wsi.

blog

z tarczą, choć bez tarczycy

… tak wygląda strona medyczna kontroli onkologicznej u mamy. Nic nie świadczy o wznowie procesu nowotworowego. No i dobrze, bo trzeba się zająć innym problemem – prawdopodobną białaczką.

Poranna jazda autobusami z przesiadkami była dość uciążliwa, więc powrót zaplanowaliśmy wieczornym kursem bezpośrednim, na który dobre dwie godziny czekaliśmy w małej, sympatycznej restauracji.

Już się wydawało, że autobus w ogóle nie przyjedzie. Warunki drogowe rano były na większości trasy znośne, pod wieczór – znacznie się pogorszyły. Kiedy wreszcie dodzwoniłem się do dyspozytora naszego oddziału PKS, na gliwicki dworzec zajechał wytęskniony, spóźniony Solbus. Po drodze kierowca dogadał się przez CB-Radio z jadącym przed nim kolegą, że z powodu spóźnienia ominiemy Jastrzębie Zdrój, do którego to miasta nie jechał żaden z trojga pasażerów.

W Gliwicach otrzymałem wiadomość od Tadeusza – prosi o wzięcie paru dyżurów. I podobno brakującą część wypłaty dostaniemy w kopertach.

blog

jutro do Gliwic

… jadę z mamą – na kontrolę do Instytutu Onkologii.

W tym cholernym necie rozkład jazdy autobusu miejskiego Mikołów – Gliwice zamieszczono w taki sposób, że nie wiadomo, którego kierunku dotyczy (dworzec w Mikołowie nie jest przystankiem początkowym).

Z tatą najpierw się pokłóciłem, potem pogodziłem.

… wspomniał, że chciałby jeszcze kiedyś usiąść za kierownicą. Nie wiemy, czy się to uda, ale samo pragnienie – to dobry znak. Wraca mu powoli apetyt, dobrze wygląda. Od września stracił 20 kg, będzie miał co nadrabiać.

Ja się cieszę, że nie muszę dziś odkopywać Poloneza i zmieniać mu kół na zimowe. A jutro jechać nim po Bóg wie jak wyglądającej, za to ruchliwej szosie.

blog

strudel z poślizgiem

Wczoraj byliśmy z Daną w koplani Guido w Zabrzu, a ściślej 320 metrów pod nim. Nawet przywieźliśmy sobie na pamiątkę kawałek węgla.

Notki na blogu nie napisałem, bo Dana był bardzo zgorszona, że uciekam do komputera w nasz ostatni wspólny wieczór.

Rano wstaliśmy trochę późno. Zaczęliśmy od próby uruchomienia naszej Fiesty. Niestety, stukanie w rozrusznik nic nie dało. Sam nie dałem rady rozpędzić auta do takiej szybkości, by Dana zapaliła. Na szczęście ktoś nam pomógł i podjechaliśmy pod blok, przezornie parkując tak, by można było łatwo wypchnąć auto na spadzistą uliczkę.

Czasu zostało niewiele, a chcieliśmy jeszcze upiec strudel, który Dana obiecała mi jeszcze przed przyjazdem. Kiedy zorientowaliśmy się, że czasu nam nie wystarczy, usiadłem do laptopa i znalazłem połączenie rezerwowe, pociąg późniejszy o godzinę. Definitywnie ostatni.

Strudel w sumie się udał, nadzienie bardziej niż ciasto. Jeden kawałek przeznaczyliśmy dla mojego taty w szpitalu. Jak to zwykle bywa, mimo przesunięcia terminu o godzinę, i tak wyjechaliśmy w ostatniej chwili. Popadywał śnieżek, warunki były nienajgorsze. W połowie drogi poczułem, że coś chrupie pod letnimi oponami naszego auta. Jechaliśmy powoli prawym pasem, prawie nikt nas nie wyprzedzał. Kiedy sam zabrałem się do wyprzedzania kolumny tirów, nagle poczułem że auto pływa na boki (przedtem tylko ślizgało się przy próbie dodania gazu pod średnią górkę).

Z poślizgami lodowymi i czasowymi w końcu dotarliśmy pod szpital. Tańczące auto zdołało wyjechać pod górkę, zaparkowałem je po nawróceniu, by mogło zapalić bez pomocy rozrusznika… i bliźnich. Poszliśmy wprost na dworzec, bo było już późno.

Dopiero po odjeździe pociągu wstąpiłem do taty. Jest osłabiony, ale zaczął jeść. Pytał, czy nie mam przypadkiem czekolady…

Pociąg, którym jedzie Dana, ma 5 minut spóźnienia. Właśnie przesiadła się do lokalnego szynobusu. Koleje czeskie umożliwiają śledzenie ruchu pociągów przez Internet.

Tagi na kartki. No cóż, w rocznicę stanu wojennego… Obywatelu blogerze, macie tagów 250 i tyle wam musi wystarczyć.