… nie tylko dlatego, że w dyżurce nie działa kaloryfer.
Wieczorem sprawdziłem rozkład jazdy. O 7.20 powinien jechać PKS, godzina pasuje, a przewoźnik wiarygodny. Bałem się tylko, że zaśpię. No i żal mi było tej wewnątrzświątecznej nocy, wolałbym do późna czytać, potem spać jak suseł… Eine kleine Nachtmusik nastawiłem na 6.30.
Obudziłem się o piątej. Po chwili wstałem, zjadłem śniadanie, zacząłem się pakować. Niedowierzająco spoglądałem na zegary, jaki ten czas spory.
Wyszedłem z domu godzinę przed odjazdem (na dworzec jest 20 minut spacerkiem, z redakcją Guinnessa poproszę…). Śniegu napadało kilka cm, chrupie pod butami (czyli nie powinno być bardzo ślisko); spoglądam na lekko przysypanego Poloneza… Nie, jestem odpowiedzialnym kierowcą. Wczoraj dostałem wyraźny sygnał, jak bardzo nieodpowiednie mam opony.
Na dworcu zaczynał się ruch. Ktoś (pewnie od pociągu) czekał na kurs do Szczyrku. Mój autobus podjechał planowo, sanocki kurdupel. Silnik z przodu, prawie jak Jelcz. Ale – jak w reklamie: prawie robi dużą różnicę. No trudno, to se nevrátí. Grunt, że jedziemy. Miejscami lód, jak on to robi, że nie zamiata tyłkiem jak ja?
W przychodni spokój. Idę drzemać do dyżurki, mierzi mnie blogowa pyskówka ze Stahem. No trudno, nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, a Polak na Poloneza, co z ziemi włoskiej do Polski (tak, tak, prototyp nie powstał na Żeraniu..).
Wstaję jak uczciwy człowiek, o jedenastej. Jaka ładna zima… Lekki mróz, śnieżek, nawet słońce chciałoby wyjść (z taką pewną nieśmiałością, pewnie potrzebuje podpasek…).
No i nie ma pacjentów. Życie lekarza bywa piękne, nawet w zimnej dyżurce.
… i jeszcze karpia dali, złowionego w przyrodzie. Nasz kierowcofryzjer, przy okazji mnie zestrzyże, bo trzeba fotkę do dowodu.