Szybko to poszło. O ile mnie pamięć nie myli, świętowałem swego czasu pół roku blogowania… Nie mogłem się doczekać, kiedy blog dożyje jakiegoś szacownego wieku…
Początki blogu wiążą się z pracą, którą rozpocząłem kilka miesięcy wcześniej. Zaczęły się dyżury, a ja nagle zauważyłem, że służbowy komputer jest podłączony do Internetu. Internetu, który dopiero w pełni odkrywałem, bo jeszcze 2 miesiące przed rozoczęciem pracy łączyłem się z Siecią przez modem telefoniczny, co (ze względów cenowych) ograniczało mi korzystanie z niej do około pół godziny dziennie – a to wystarczało do ściągnięcia poczty i przejrzenia aukcji. Na swój sposób nie było to takie złe – bicz na człowieka, by nie wysiadywał całymi dniami przy komputerze…
Trzy lata. Szybko przeminęły. Co się zmieniło w moim życiu?
Pogorszenie zdrowia rodziców, zwłaszcza mamy. Nie będzie już towarzyszką moich wycieczek. Oboje tego potrzebowaliśmy. Dla mnie były one w pewnym sensie przywróceniem równowagi w naszej relacji: w górach to ja byłem kierownikiem zespołu. Choroba nowotworowa taty, mimo początkowego szoku, jednak tak bardzo naszego życia nie zmieniła. Wydaje się, że tata w końcu się pozbierał po leczeniu, a rak – nie. Bardziej sobie tylko uprzytomniliśmy, że czas nieubłaganie płynie i za kilka lat może nas rozdzielić.
Moja praca… Wówczas narzekałem na przepracowanie i liczyłem dni do końca półrocznego okresu pracy, który odsuwał widmo zawieszenia uprawnień zawodowych. Jak dziki koń, z trudem znosiłem uzdę. Dziś mam pracę niezbyt obciążającą i podle płatną.
Zapchałem wszystkie kąty w domu nabytkami do swej kolekcji. Utopiłem w nich więcej pieniędzy, niż mi się wydawało. To się stało w okresie, kiedy pracowałem na umór i jako-tako zarabiałem (nawet do 3 tysięcy złotych miesięcznie). Bywałem w domu gościem. Zaniedbałem budynek. Grzyb dokonał strasznych spustoszeń.
Urlopy? Nawet były, ale żadnych wielkich wypraw nie zrobiłem. Do niczego nie mogę się zabrać, czas przepływa między palcami. Jeszcze nie ma wiosny, a już pewne tegoroczne zamierzenia przełożyłbym na następne lata.
Życie tzw. osobiste… Przez blog poznałem dwie dziewczyny. Z oboma się spotkałem i przez chwilę myśleliśmy o wspólnej przyszłości. Nie wyszło… Dlaczego? A może ja po prostu nie nadaję się do życia we dwoje? Defekt? Czy nieokiełznana potrzeba swobody? Swobody? W relacji z rodzicami (czytaj: mamą) nie mam jej zbyt wiele.
Nie da się ukryć, te trzy lata to stopniowe pogrążanie się w maraźmie. Nic specjalnie nie boli, więc można w tym dalej tkwić… i stopniowo wynosić na śmietnik swoje marzenia.
Dana jest w podobnej sytuacji. Czekamy na wiosnę. Na wspólne wędrówki, ogniska, noce pod gwiazdami.
Warsztat odgrzybić. Rower poskładać. Kombi wyremontować. Uporządkować kolekcję.
Zastanowić się nad swoim życiem. Wziąć je w swoje ręce.