blog

cisza na blogu

Ubywa czytelników, ubywa komentarzy. Wygląda na to, że mój blog jest coraz mniej ciekawą lekturą. Nic dziwnego, jest odbiciem życia, a ono właśnie takie odczucia ostatnio we mnie budzi.

Udało mi się wreszcze zdobyć przekładnię do rowerowego prędkościomierza marki Huret. To był mój pierwszy tachometr przy Wagancie, w swoim czasie niezły szpan… W końcu się uszkodził, chyba nawet wiem, dlaczego. Potem był inny, wkrótce wysiadł, dalej – komputerek, którego nigdy specjalnie nie pokochałem. Już choćby dlatego, że nawalają mu znienacka baterie i gubi wskazania przebytej drogi.

Tak… wkrótce będę mógł znów zainstalować swój ukochany tachometr. Tylko czy można zatrzymać czas? Nie pozwolić mu uciec w nicość, tak jak ginęły mi przejechane kilometry przy wyładowaniu się baterii?

No i problem praktyczny: chcę zamontować przednią piastę z prądnicą. Czy da się pogodzić z przekładnią prędkościomierza? Bo własna elektrownia w rowerze to jedno z dawnych marzeń (dziś o tyle aktualniejsze, że mam aparat cyfrowy). Prędkościomierz spełnił się dużo wcześniej… Czy można pogodzić stare marzenia z nowymi?

Niech już będzie wiosna. Trzeba szykować nowy rower. Trzeba się szykować do nowego życia.

blog

3 lata na blogu

Szybko to poszło. O ile mnie pamięć nie myli, świętowałem swego czasu pół roku blogowania… Nie mogłem się doczekać, kiedy blog dożyje jakiegoś szacownego wieku…

Początki blogu wiążą się z pracą, którą rozpocząłem kilka miesięcy wcześniej. Zaczęły się dyżury, a ja nagle zauważyłem, że służbowy komputer jest podłączony do Internetu. Internetu, który dopiero w pełni odkrywałem, bo jeszcze 2 miesiące przed rozoczęciem pracy łączyłem się z Siecią przez modem telefoniczny, co (ze względów cenowych) ograniczało mi korzystanie z niej do około pół godziny dziennie – a to wystarczało do ściągnięcia poczty i przejrzenia aukcji. Na swój sposób nie było to takie złe – bicz na człowieka, by nie wysiadywał całymi dniami przy komputerze…

Trzy lata. Szybko przeminęły. Co się zmieniło w moim życiu?

Pogorszenie zdrowia rodziców, zwłaszcza mamy. Nie będzie już towarzyszką moich wycieczek. Oboje tego potrzebowaliśmy. Dla mnie były one w pewnym sensie przywróceniem równowagi w naszej relacji: w górach to ja byłem kierownikiem zespołu. Choroba nowotworowa taty, mimo początkowego szoku, jednak tak bardzo naszego życia nie zmieniła. Wydaje się, że tata w końcu się pozbierał po leczeniu, a rak – nie. Bardziej sobie tylko uprzytomniliśmy, że czas nieubłaganie płynie i za kilka lat może nas rozdzielić.

Moja praca… Wówczas narzekałem na przepracowanie i liczyłem dni do końca półrocznego okresu pracy, który odsuwał widmo zawieszenia uprawnień zawodowych. Jak dziki koń, z trudem znosiłem uzdę. Dziś mam pracę niezbyt obciążającą i podle płatną.

Zapchałem wszystkie kąty w domu nabytkami do swej kolekcji. Utopiłem w nich więcej pieniędzy, niż mi się wydawało. To się stało w okresie, kiedy pracowałem na umór i jako-tako zarabiałem (nawet do 3 tysięcy złotych miesięcznie). Bywałem w domu gościem. Zaniedbałem budynek. Grzyb dokonał strasznych spustoszeń.

Urlopy? Nawet były, ale żadnych wielkich wypraw nie zrobiłem. Do niczego nie mogę się zabrać, czas przepływa między palcami. Jeszcze nie ma wiosny, a już pewne tegoroczne zamierzenia przełożyłbym na następne lata.

Życie tzw. osobiste… Przez blog poznałem dwie dziewczyny. Z oboma się spotkałem i przez chwilę myśleliśmy o wspólnej przyszłości. Nie wyszło… Dlaczego? A może ja po prostu nie nadaję się do życia we dwoje? Defekt? Czy nieokiełznana potrzeba swobody? Swobody? W relacji z rodzicami (czytaj: mamą) nie mam jej zbyt wiele.

Nie da się ukryć, te trzy lata to stopniowe pogrążanie się w maraźmie. Nic specjalnie nie boli, więc można w tym dalej tkwić… i stopniowo wynosić na śmietnik swoje marzenia.

Dana jest w podobnej sytuacji. Czekamy na wiosnę. Na wspólne wędrówki, ogniska, noce pod gwiazdami.

Warsztat odgrzybić. Rower poskładać. Kombi wyremontować. Uporządkować kolekcję.

Zastanowić się nad  swoim życiem. Wziąć je w swoje ręce.